Co pisał Chrystus na ziemi?

 św. Mikołaj Serbski (Welimirowicz)

Pójdźmy na ogromne widowisko, żeby wyciągnąć wnioski, nauczyć się i zrozumieć, kto jest źródłem niewyczerpanej radości – tej radości, której żywo doświadczali w sobie Chrystusowi apostołowie i męczennicy. Pójdźcie z nami i wy, grzesznicy, bo to w największym stopniu was dotyczy. Posłuchajmy języka, który was nie osądza, pochylmy się pod miłującą was rękę i spójrzmy w płaczące z waszego powodu oczy. Idźcie, stańcie przed Królem i wy, ubodzy i złamani duchem, żeby użyczył wam swej nieśmiertelnej szlachetności, przyoblekł w majestatyczną purpurę, położył na wasze głowy królewskie wieńce i posadził obok Siebie na ucztę razem ze świętymi aniołami. Pójdźcie, popatrzcie i usłyszcie, jak On, Wszechmiłujący, postępuje z grzesznikami – aby radość zaświeciła w waszych sercach.

Pewnego razu, z rana, dobry Pan siedział przed świątynią w Jerozolimie, karmiąc spragnione ludzkie dusze swoją najsłodszą nauką. Wokół Niego zebrało się wiele ludzi (J 8,2). O wiecznej radości mówił Pan ludziom, o niewiędnącej błogości sprawiedliwych w nieśmiertelnej niebiańskiej ojczyźnie.
I niczym miodem nasładzali się ludzie Bożym słowem, tak że gorycz wielu cierpiących dusz i złość wielu przez nią zniewolonych tajała jak śnieg w ostrym słońcu. I kto wie, ile trwałaby ta przepiękna harmonia świata i miłości, gdyby nie zdarzyło się coś nieprzewidzianego. A tak ani miłujący człowieka Mesjasz nigdy nie odczułby zmęczenia pouczaniem narodu, ani Boga miłujący naród nie zasłabłby od słuchania cudownej i uzdrawiającej mądrości.
Ale stało się coś strasznego, barbarzyńskiego, okrutnego. I to coś nastąpiło, ma się rozumieć, ze strony uczonych w Piśmie i faryzeuszy, jak zresztą i dzisiaj najczęściej bywa. Gdziekolwiek nasładzaliby się ludzie pokojem i zgodą z Bogiem, tam bezzwłocznie wtargną uczeni w Piśmie i faryzeusze, ci godni pożałowania wodzowie razem ze swoim diabłem, żeby wnieść zamęt i okropny krzyk, żeby naruszyć ten pokój i tę Bożą harmonię, niezrozumiałą dla ich głuchych i miałkich dusz, i w żaden sposób przez nich nie docenianą.
I tak, cóż takiego osiągnęli ci uczeni w Piśmie i faryzeusze? Może odnieśli zwycięstwo nad jakimś silnym wojskiem? Albo schwytali jakiegoś wybitnego zbójnickiego atamana? Nic podobnego.
Ale przyciągnęli pewną nieszczęsną i grzeszną kobietę, przyłapaną na cudzołóstwie, doprowadzając ją z triumfalną wyniosłością i przy ogłuszającym zgiełku. Postawili ją przed Chrystusem i uroczyście ogłosili: „Nauczycielu, tę oto kobietę pojmano na cudzołóstwie, a Mojżesz w zakonie kazał takie kamieniować. Ty zaś co powiesz?”.
Tak przedstawili tę sprawę ci „niejawni” grzesznicy, chętni do tropienia cudzych błędów, mistrzowie pięknego, estetycznego przykrywania własnych wrzodów. Przestraszony lud rozstąpił się, ustąpił miejsca starszyźnie, która zamierzała wypełnić swe złe zamierzenia. Niektórzy rozbiegli się ze strachu, ich nerwy nie były w stanie wytrzymać tego strasznego widowiska, które tak gwałtownie zakłóciło poprzednie minuty spokoju. Pan mówił bowiem o życiu i radości, a ci krzykacze otwarcie domagali się zabójstwa. W tym czasie, gdy On siał radość i czułość w sercach słuchaczy, a Jego ziarno, padając na dobrą ziemię, zaczynało wschodzić, ci władcy ludu, liderzy żądzy władzy i bezwstydności, niczym grad zbijali te zasiewy.
Zasadne staje się pytanie: dlaczego ta starszyzna, strażnicy zakonu, nie ukamieniowali kobiety bez długich dywagacji, Pięcioksiąg przecież dawał im do tego prawo (Lew. 20,10), dlaczego zaprowadzili ją do Jezusa?
Przecież zabicie własnymi rękoma grzesznicy to dla nich nie pierwszyzna! A czyż jej krew byłaby pierwszą przelaną na ich ziemi! Kogo by to w tamtych czasach zadziwiło? Albo kto temu by się sprzeciwił? Nikt, z pewnością nikt. Na próżno by szukać takiego człowieka. Kto dzisiaj oburza się, jeśli dokonuje się śmiertelna kaźń jakiegoś złodzieja? Mojżeszowy zakon zaliczał grzech cielesny, grzech cudzołóstwa, do przestępstw karanych śmiercią.
Dlaczego więc ci żydowscy naczelnicy przywiedli tę grzeszną kobietę do Pana? Oczywiście nie po to, żeby wyprosić złagodzenie kary albo zmiłowanie, zaiste nie po to. Skrywali w swoich sercach wcześniej obmyślony piekielny plan, a mianowicie chcieli złapać Chrystusa na tym, kiedy wypowie się przeciwko zakonowi i tym samym znaleźć powód, aby Go oskarżyć. Sami zepsuci, nie dążyli do tego, by zmniejszać zło w świecie, lecz przeciwnie – ze wszech miar kultywować je. Jednym uderzeniem chcieli zniszczyć dwa życia – zarówno kobiety, która naruszyła prawo, jak i Chrystusa. Przecież akcent w ich wypowiedzi postawiony jest na ostatnim pytaniu: „Ty zaś co mówisz?”.


Dlaczego stawiają to pytanie, jeśli zakon Mojżeszowy jest jasny? Ewangelista, opisujący to wydarzenie, wyjaśnia ich plany następującymi słowami: „A mówili to, kusząc Go, by mieć powód do Jego oskarżenia”. Przecież na Niego także usiłowali podnieść rękę, żeby ukamieniować albo zabić w inny sposób, ale albo wymykał się z ich rąk, albo bali się ludu, „gdyż miał Go za proroka” (Mt 21,46). Ale teraz mieli dobrą okazję do spełnienia swego życzenia. Tutaj, akurat przed świątynią Salomona, gdzie w Arce Przymierza pod osłoną skrzydeł cherubinów przechowywane były tablice dziesięciu przykazań, w obecności ogromnego tłumu On, Chrystus, wypowie się przeciwko prawu Mojżeszowemu i wtedy ich cel zostanie osiągnięty. Wtedy ukamieniują zarówno Chrystusa, jak i kobietę – grzesznicę. Zresztą znacznie chętniej ukamienowaliby Jego, nie ją, jak później przed Piłatem zażądają uwolnienia rozbójnika Barnaby, a nie Chrystusa.
Czyż nie widzicie teraz jasno, jaka ciemna i gradowa chmura zawisła nad grzesznicą i nad Bezgrzesznym? Wszyscy obecni oczekiwali, że zdarzy się jedno z dwóch – albo Pan w swoim miłosierdziu wyzwoli grzesznicę, a więc odrzuci zakon, albo potwierdzi go i powie: „Czyńcie tak jak jest napisane w zakonie” – i tym samym zniesie swoje przykazanie o miłosierdziu i przebaczeniu. W pierwszym przypadku czekałaby Go kara śmierci, w drugim drwina i szyderstwo. Najprawdopodobniej w tłumie byli też tacy, którzy wstrzymując oddech oczekiwali, że Chrystus znajdzie jakieś trzecie rozwiązanie, wielkie i nieznane. Mogli nimi być naoczni świadkowie wcześniejszych sporów Pana ze złymi i tępogłowymi uczonymi w Piśmie i faryzeuszami, stale nękającymi podstępnymi (diabelskimi) pytaniami. I oto ci sami kusiciele, to samo komando myśliwych do łowienia cudzych grzechów w swoje sieci, ci sami krwiopijcy, dla których krew proroków była słodsza niż krew grzeszników.
„Ty zaś co mówisz?”. Kiedy kusiciele zadali to pytanie, wszyscy wkoło zamarli. Grobowe milczenie zapadło wokół sędziów upadłej kobiety. Ucichły głosy w zgromadzonym tłumie. Także kobieta wstrzymała oddech, oczekując na decydującą o jej losie odpowiedź. Taka martwa cisza zapada w cyrkach, kiedy poskramiacze zwierząt wyprowadzają na arenę lwy i tygrysy, zmuszając ich z własnej woli robić te czy inne sztuczki. Ale teraz stał przed nimi nie poskramiacz zwierząt lecz ludzi – a ta profesja jest znacznie trudniejsza, często bowiem jest dużo trudniej poskromić zdziczałe w grzechu dusze niż dzikie z natury zwierzęta.
„Ty zaś co mówisz?”. Przed zbudowaną z białego kamienia świątynią stał Ten, który jest większy niż świątynia (Mt12,6). Cały plac wypełniały ludzkie głowy, wszyscy milczeli, wbijając w Niego wzrok. I nikt w tym nieogarnionym tłumie nie mógł przypuszczać, że wyrok, który ogłosi w tej chwili, w ten przepiękny słoneczny dzień, przed świątynią mądrego cesarza w sprawie grzesznego i nieszczęsnego ludzkiego stworzenia, które za kilka minut miało zostać zniszczone, rozdrobnione, zamienione na krwawą miazgę – nikt, mówię, nie śmiał nawet podejrzewać, że Jego słowa okażą tak znaczący wpływ na czas i miejsce, jak to się stało w istocie. Nikomu nawet nie przemknęło przez myśl, że ta Jego odpowiedź po dziewiętnastu stuleciach będzie z nabożeństwem, zdziwieniem i radością powtarzana w naszym mieście – i w Nowym Jorku, i w Tokio, i na całej ziemi. Wiedział o tym tylko On jeden. Tylko Jemu było wiadome, że nie wszyscy Jego słuchacze byli obecni w tym miejscu i o tej godzinie. Tylko On jasno przewidział, że Jego odpowiedzi będzie słuchać i przekazywać, także chrześcijańskie pokolenie XX wieku, liczące wiele milionów dusz. Zresztą do nich należy dodać także pozostałe miliony i miliardy chrześcijan żyjących, słuchających i powtarzających to przed nami, a także tych, którym przyjdzie to robić później. Tylko On, Wszystkowiedzący, wiedział, że Jego odpowiedź stanie się moralnym miernikiem (probierzem) dla wszystkich pokoleń ze wszystkich plemion i narodów aż do końca świata.
Przez chwilę Chrystus milczał – zamyślił się, utkwiwszy wzrok w ziemi. Jest przecież napisane, że „nie zwracał na nich uwagi”, na swoich nienawistników i kusicieli, ale milcząc rozmyślał. Jego sposób myślenia różni się od naszego. Jego myślenie był oglądem patrzeniem – wzrokiem duchowym. Duchem wnikał w najskrytsze tajemnice bytu, w tajemnice rzeczy, w tajemnice ludzkich dusz, w najwyższe tajemnice nieba, w głębokie tajemnice ziemi, w odległe tajemnice czasu i przestrzeni. Wierzę, że wtedy widział On i nas, którzy zebraliśmy się w tej cerkwi, żeby usłyszeć i wyobrazić sobie wydarzenia tamtej epoki. Ale kiedy to wszystko widział, we wszystko wniknął, obejmując wszystkie przedziały historii stworzonego świata w jednym duchownym postrzeganiu (umysłowej kontemplacji), miał już gotową odpowiedź.
„Ty zaś co mówisz?” – znów przystąpiły do Niego osoby, zaczerwienione i zmienione od złości. I wtedy Prawodawca ludzkiego zachowania i moralności schylił się do podnóża nóg swoich, rozgarnął dłonią piasek i zaczął „pisać palcem na ziemi”. W ten sposób nastąpiło trzecie rozwiązanie, nieoczekiwane, nagłe, dramatyczne. Cóż więc napisał Pan na ziemi? Ewangelista milczy, nie wypowiedziawszy ani słowa. Było to coś zbyt nikczemnego i odrażającego, żeby mogło zostać zapisane w Księdze Radości. A o tym, że Pan pisząc naprawdę odkrył coś strasznego, świadczy natychmiastowe rozwiązanie całej sytuacji, które nastąpiło od razu, jak tylko zakończył ostatnie zdanie. I chociaż Ewangelista nie zechciał nam o tym napisać, pozostały nam słowa ludowej tradycji. Z tej tradycji dowiadujemy się co pisał Pan palcem na ziemi. Pisał coś, co poraziło uczonych w Piśmie i faryzeuszy, oskarżycieli tej upadłej niewiasty, a mianowicie (publicznie) ujawnił przed nimi najbardziej skrywane ich nieprawości. Przecież ci myśliwi, polujący na ludzkie grzechy i sędziowie jawnych i wszystkim znanym grzesznikom i grzesznic, byli wyszukanymi mistrzami w ukrywaniu własnych moralnych upadków. Zresztą bezcelowe jest ukrywanie czegokolwiek przed oczyma Wszystkowidzącego, którego wiedza wynika z widzenia:
M(eszulam) przejął należącą do świątyni własność – pisał palec Pana na ziemi.
A(szer) popełnił grzech cudzołóstwa z żoną swego brata.
Sz(alom) złożył krzywoprzysięstwo.
E(led) uderzył swego ojca.
A(mariah) zajął majątek wdowy.
M(erani) popełnił grzech sodomii.
J(oel) pokłonił się bożkom.
I tak po kolei straszny palec sprawiedliwego Sędziego ujawniał grzechy oskarżycieli. Ci natomiast, których to dotyczyło, ze spuszczonym wzrokiem czytali to wszystko ze strachem. Przecież najskrytsze i starannie ukrywane przed nimi nieprawości, depczące zakon Mojżesza, były Mu znane. a teraz także nakreślone przed ich oczyma. W jednej chwili coś skuło im usta. Ordynarne i bezwstydne samochwały i jeszcze bardziej nachalni sędziowie cudzej nieprawdy stali teraz niemi i nieruchomi, niczym kamienie w ścianach świątyni. Drżąc ze strachu, nie byli w stanie spojrzeć sobie w oczy. O kobiecie grzesznicy nawet już nie myśleli. Wszystkie ich myśli skoncentrowały się na sobie i na swoim, napisanym na piasku, wyroku śmierci. Ani jeden język już nie mógł się poruszyć, żeby powtórzyć to podstępne (diabelskie) i natarczywe pytanie: „Ty zaś co mówisz?”.
Pan natomiast zachowuje milczenie. Tak więc nic im nie powiedział, brzydząc się swoimi przeczystymi ustami nazywać ich grzechy. Dlatego posłużył się słowami napisanymi na piasku. Przecież to, co jest tak wstrętne, zasługuje jedynie na to, żeby zostać napisane na czymś nieczystym, jak nieczysty jest deptany nogami piasek. Druga przyczyna tego, że Pan napisał słowa właśnie na ziemi, była bardziej znacząca: wszystko to można szybko i łatwo, nie pozostawiając śladu, zetrzeć. A Chrystus nie pragnął wszystkim ogłaszać ich grzechów. W przeciwnym razie wypowiedziałby je przed całym ludem, oskarżyłby ich, i wszystko skończyłoby się na tym, że zgodnie z zakonem lud ukamieniowałby ich.
Ale On, Boży Baranek, nawet nie pomyślał o zemście i wydaniu na śmierć tych, którzy przygotowali Mu już śmierć tysiąc razy i bardziej życzyli Mu tej śmierci niźli wiecznego życia dla siebie. Pan natomiast chciał jedynie skierować ich myśli na ich własne grzechy, żeby pod ich ciężarem przestali być sędziami cudzych nieprawości i, świadomi własnych przestępstw, nie narzucali się ludowi jako wodzowie. Przecież zarażonym trądem grzechu nie wypada zostać lekarzami analogicznych przypadków u innych. Oto czego pragnął Pan. I kiedy pouczenie dobiegło końca, słowa na ziemi zostały starte.
Po tym nasz wielki Pan, podniósłszy oczy, spojrzał na nich i powiedział: „Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. (cdn.) (ciąg dalszy TU:http://przegladprawoslawny.pl/articles.php?id_n=3163&id=8 )

 

Reklamy
Categories: POUCZENIA ŚWIĘTYCH OJCÓW, STRONA GŁÓWNA | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

Blog na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: