BARNAULSKI CUD WSKRZESZENIA I UZDROWIENIA PO 3 DOBACH OD ŚMIERCI DUSZY I CIAŁA ATEISTKI

 

 

„Jeśli Mojżesza i Proroków nie słuchają, to

choćby kto z umarłych powstał, nie uwierzą”

 

(Łk 16, 31)

Od autora opracowania:

 

Historię Cudu w Barnaule można opisać krótko w kilku zdaniach:

 

W 1964 roku w Barnaule podczas operacji raka jelit zmarła kobieta – sprzedawczyni sklepowa, Kławdija Ustiużanina, ateistka. Ciało przeniesiono do kostnicy, gdzie przeleżało 3 doby. Po śmierci klinicznej jej dusza przebywała przez 3 dni w piekle, w miejscach, które pokazywała jej Matka Boża. Pan Bóg zdecydował, że powinna wrócić na ziemię i opowiadać ludziom o piekle, żeby się nawracali i żyli zgodnie z Jego Przykazaniami. Zmarła w dziwny sposób ożyła, przy czym wkrótce podczas następnej operacji okazało się, że rak jelit i żołądka zniknął bez śladu. Po wskrzeszeniu była ateistka stała się Chrześcijanką i przekonaną głosicielką wiary w Pana Boga. Żyła potem jeszcze 14 lat

bez żadnych objawów raka. Zmarła 29 marca 1978 roku na zwłóknienie mięśnia sercowego na tle miażdżycy tętnic (ros. – артериосклеротический кардиосклероз – od A.L.). Pochował ją syn, Ojciec Andriej Ustiużanin, kapłan prawosławny, na starym cmentarzu w miasteczku Strunino.

 

W Polsce o cudzie tym można przeczytać w Internecie na kilku stronach, m.in.:

 

Cud w Barnauł (Syberia, 1965) – uzdrowienie duszy i ciała ateistki

http://www.tajemnicamilosci.pl/cudowne-uzdrowienia/cud-w-barnaul-syberia-1965-uzdrowienie-duszy-i-ciala-ateistki.html

 

Cud w Barnauł w ZSRR (Zachodnia Syberia)

http://dzieckonmp.wordpress.com/2011/08/09/cud-w-barnaul-w-zsrr-zachodnia-syberia/

 

Porównując te wpisy z tekstami w języku rosyjskim zauważyłem wiele nieścisłości w tłumaczeniu. Już na samym początku w oczy rzucają się następujące błędy:

 

* – cud wydarzył się nie w 1965 roku, a w 1964 roku.

* – …”Aż zachorowałam na raka w 1965 r. Chorowałam 3 lata”. (Czyli do 1968 roku?). W rosyjskim tekście nie ma daty 1965 r. W roku 1965 było już po operacji, wskrzeszeniu i uzdrowieniu.

* – „11 lutego 1965 roku, o godzinie jedenastej, dokonano operacji”. Operacji dokonano 19.2.1964 r. o godz. 11-tej.

* – „Operacji dokonywał Żyd, prof. Izrael Isajewicz”. W całym polskim tekście nie podaje się nazwiska tego profesora – chirurga, wg oryginału był to Neumark (ros. Неймарк Израиль Исаевич).

* – „Jedna kobieta – lekarz, w czasie mojego opowiadania, czerwieniła się i bladła…”. W rosyjskim tekście natomiast jest: „Lekarz podczas mojego opowiadania to czerwienił się, to bladł”… (ros. – Врач при моем рассказе то краснел, то бледнел…)

* – „Plabiewa”– nazwisko lekarki Walentyny Wasiliewny. W oryginale – Alabjewa (ros. Алябьева)

* – Ustizima Klawdij, Błędnie podano nazwisko pacjentki. Brzmi ono: Kławdija Ustiużanina (ros. Клавдия Устюжанина).

 

Na dowód zamieszczam w tekście opisu cudu ze słów Kławdii U. kartę jej wypisania ze szpitala, na której wyraźnie można przeczytać jej poprawne nazwisko, datę operacji (19.2.1964r., a nie 11.2.1965r.) i rozpoznanie choroby.

 

Dlatego dokonałem nowego tłumaczenia opisu cudu z tekstu w języku rosyjskim.

 

Pomyślałem, że polski czytelnik byłby ciekaw dowiedzieć się szczegółów o dalszym życiu Kławdii U., informacji, czy jeszcze żyje, co się stało z jej synkiem Andrzejem. Otóż po wskrzeszeniu, nawróceniu i uzdrowieniu Kławdija zaczęła prowadzić głęboko religijne życie, jej syn dostał powołanie do służby Bożej, ukończył seminarium i akademię duchowną i został kapłanem, mnichem w prawosławnym klasztorze. Kławdija z synem za głoszenie potrzeby zmiany życia, nawrócenia się do Boga, była bardzo prześladowana i dręczona przez władze i ludzi. Miała 7 rozpraw sądowych, na których jednak nie udało się jej skazać za głoszenie obcych ówczesnym władzom poglądów. Duch Święty kierował jej wypowiedziami i zeznaniami fałszywych świadków (do 40-tu na jednej z rozpraw). W końcu uciekła z synem do innego miasta. W Rosji do dziś temat o cudzie w Barnaule jest obecny na łamach pism i w Internecie. Towarzystwa ateistyczne i hierarchia cerkiewna negują fakt cudu, starają się go zdyskredytować i ośmieszyć. Dokumentacja dotycząca operacji jest do dziś niedostępna. Lekarze, prowadzący operację Kławdii U. nie żyją, a profesor Neumark Izrael Isajewicz po uzdrowieniu Kławdii napisał do gazet, że żadnego cudu nie było, bo pacjentce tylko na 2 minuty przestało bić serce, a potem bardzo szybko przywrócono jego akcję i w żadnej kostnicy ona nie przebywała, tylko na oddziale reanimacji. Oświadczył, że Kławdija U. jest aferzystką, że sama wymyśliła cud i wykorzystuje go do bogacenia się, bo zorganizowała biznes, sprzedając wodę z obmywań swego ciała wiernym, którzy odwiedzają jej dom i którzy potem tę wodę piją jako świętą. Że jej publicznym wystąpieniom towarzyszyły grube wybryki i przekleństwa w miejscach publicznych miasta pod jego adresem i adresem pracowników szpitala kolejowego ze skrajnym antysemickim odcieniem. Że inicjatorem tych wystąpień jest jej syn Andriej, który obecnie służy jako kapłan w Święto – Uspieńskim klasztorze żeńskim miasta Aleksandrowa. Wg profesora trzeba się dziwić, jak po 20 latach od śmierci matki, rozdmuchuje on wymyśloną przez nią legendę dla stworzenia sobie popularności i sławy…

 

O Barnaulskim Cudzie wskrzeszenia w 1964 roku Kławdii Ustiużaniny napisano mnóstwo broszur. Materiały o niej zostały umieszczone na dziesiątkach stron w Internecie, wykorzystane były w różnych książkach.

 

Dziennikarka Ałła Dobrosockich przeprowadziła w 1999 r. własne śledztwo i na podstawie zebranych materiałów opublikowała książkę „Śladami Cudu Barnaulskiego. Doświadczenie śledztwa dokumentalnego”. Przeczytać książkę lub zapisać można, wchodząc na:

http://www.boleem.com/main/library?id=326

 

Ograniczę się tylko do dwóch urywków z książki, które zupełnie wystarczą, aby odpowiedzieć na pytanie o prawdziwości świadectwa Kławdii Ustiużaniny, a także zaprzeczyć profesorowi Izraelowi Isajewiczowi Neumarkowi, jak również wszystkim tym, którzy są skłonni opierać się na jego liście, jako dokumencie, obalającym cud wskrzeszenia, dokonanym przez Boga. Pierwszym z nich jest opowiadanie kapłana prawosławnego, ojca W.Biriukowa, drugim – wypowiedzi lekarza Bierestowa, analizującego list prof. Neumarka i dokumenty, wystawione przez lekarzy ze szpitali w Barnaule.

 

Cud został przepowiedziany na … 16 lat przed jego zaistnieniem.

Kławdija Ustiużanina opowiedziała powieść swego życia, śmierci, wskrzeszenia i cudownego uzdrowienia wielu ludziom. Opowiadanie to zostało zapisane przez jej syna – kapłana, ojca Andrieja Ustiużanina, który wielokrotnie słyszał go w dzieciństwie i młodości.

 

Ale okazało się, że jest świadek, który słyszał opowiadanie Kławdii Nikiticzny praktycznie od razu po cudzie, który się zdarzył. Jest to protojerej Ojciec Walentin BIRIUKOW. Był on jednym z pierwszych, któremu Kławdija Nikiticzna opowiedziała o swym życiu dosłownie „na gorących śladach” – po upływie pół roku od cudownego wskrzeszenia i uzdrowienia. Wtedy, w grudniu 1964 roku, 42-letni Walentin Jakowlewicz Biriukow jeszcze nie był kapłanem. Śpiewał on w chórze cerkwi św. Piotra i Pawła w Tomsku i przygotowywał się do święceń diakonatu. Dzisiaj protojerej W. Biriukow służy w cerkwi pw. Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny w Berdsku diecezji nowosybirskiej.

 

Okazuje się, że ojciec Walentin wiedział o tym, co się wydarzy z kobietą o imieniu Kławdija… na 16 lat przed Cudem Barnaulskim! Właśnie to opowiadanie – jasne, obrazowe, podane soczystym ludowym językiem, pełne niespodziewanych szczegółów – stało się decydującym elementem do podjęcia decyzji o wyjeździe do Barnaułu (mowa o autorce książki A. Dobrosockich). W czasie jej drugiego spotkania ojciec Walentin opowiadanie to uzupełnił.

 

Trzy opisy Cudu Barnaulskiego

 

  1. Opis historii Cudu w Barnaule ze słów Kławdii Ustiużaniny. Opis ten, jak wspomniano na wstepie, jest nowym tłumaczeniem wersji cudu, znajdującej się na stronach polskiego Internetu. Ze względu na zastrzeżenia syna Kławdii U., Ojca Andrieja Ustiużanina, co do prawdziwości niektórych szczegółów wydarzenia, opisu tego nie można uznać, że jest w pełni wiarygodny.
  2. Opowiadanie o prawdziwych wydarzeniach, które wydarzyły się w mieście Barnauł z Kławdiją Ustiużaniną w 1964 roku – według jej syna kapłana prawosławnego, protojereja ojca Andrieja Ustiużanina z Uspieńskiego klasztoru w Aleksandrowie.
  3. 3. Cud wskrzeszenia K. Ustiużaniny z Barnaułu – według protojereja Walentina Biriukowa, który na 16 lat przed wydarzeniami w Barnaule podczas modlitw z pewnym wizjonerem usłyszał od niego przepowiednię o tych mających nadejść wydarzeniach i który osobiście był u Kławdii U. 5 razy.

 

 

  1. Opis historii Cudu w Barnaule ze słów Kławdii Ustiużaniny

 

 Byłam wielką grzesznicą, bardzo bluźniłam Bogu i Cerkwi Świętej, żyłam grzesznie i byłam całkowicie martwą w duchu, otumanioną diabelskim urokiem. Lecz Miłosierdzie Boże nie pozwoliło zginąć Jego stworzeniu i Pan Bóg przywołał mnie do okazania skruchy. Zachorowałam na raka, chorowałam 3 lata. Nie leżałam, lecz pracowałam i leczyłam się u ziemskich lekarzy, miałam nadzieję się wyleczyć, ale żadnej poprawy nie było i z każdym dniem czułam się coraz gorzej. W ciągu ostatnich sześciu miesięcy zaniemogłam tak, że nie mogłam nawet pić wody – następowały silne wymioty i zostałam umieszczona w szpitalu. Ponieważ byłam aktywną komunistką, to specjalnie dla mnie wezwano z Moskwy profesora i postanowiono przeprowadzić operację. 19 lutego 1964 roku, o godzinie jedenastej dokonano operacji. Okazało się, że mam nowotwór złośliwy jelit, będących w

stanie rozkładu. Podczas operacji nastąpiła moja śmierć. Gdy otworzono jamę brzuszną, stałam między dwoma lekarzami i z przerażeniem patrzyłam na swoją chorobę. Cały żołądek i jelita pokryte były guzami rakowymi. Patrzyłam i myślałam: dlaczego jest nas dwie? Równocześnie stoję i leżę. Potem lekarze wyłożyli moje wnętrzności na stół i powiedzieli:„W miejscu, gdzie powinna znajdować się dwunastnica, jest sam płyn, ona całkowicie zgniła. Wypompowano półtora litra ropy i lekarze powiedzieli: „Ona i żyć już nie ma czym, nie ma ona nic zdrowego, wszystko zgniło od raka”. A ja cały czas patrzyłam i myślałam:

 

„Dlaczego jest nas dwie: ja leżę i również ja stoję?” Potem lekarze byle jak włożyli moje wnętrzności i założyli na brzuch klamry. Operację wykonywał profesor, Żyd, Izrael Isajewicz Neumark, w asyście dziesięciu lekarzy. Kiedy założono klamry, lekarze powiedzieli: trzeba ją oddać młodym lekarzom na praktykę. I wtedy moje ciało powieźli do kostnicy, a ja szłam za nim i myślałam: dlaczego jest nas dwie? Zawieziono mnie do trupiarni, leżałam goła, potem przykryto prześcieradłem po piersi. Do trupiarni przyszedł mój brat z moim chłopczykiem Andrzejkiem. Synek mój podbiegł do mnie i pocałował w czoło, gorzko płakał i mówił: „Mamusiu dlaczego umarłaś, ja jestem jeszcze maleńki, jak będę żyć bez ciebie, nie mam ojca”. Objęłam go i pocałowałam, ale on nie zwracał na mnie żadnej uwagi. Mój brat płakał. A potem znalazłam się w domu. Przyszła tam teściowa – matka mojego pierwszego męża, była tu też moja rodzona siostra. Z pierwszym mężem rozeszłam się, ponieważ wierzył w Boga. I oto w moim domu rozpoczął się podział moich rzeczy. Siostra zaczęła wybierać najlepsze rzeczy, a teściowa prosiła, aby zostawiła cokolwiek dla mego syna. Lecz siostra nic nie dała i zaczęła ubliżać teściowej. Gdy siostra wymyślała, widziałam diabłów, którzy notowali każde obelżywe słowo w swoich notesach i cieszyli się. Następnie siostra i teściowa zamknęły dom i wyszły. Siostra ogromny tobół poniosła do swego domu. A ja, grzeszna Klawdija, o czwartej (16.00)  poleciałam do góry. Bardzo się dziwiłam, że lecę nad Barnaułem. Znalazłam się nad moim miastem Barnaułem. Następnie miasto znikło i zrobiło się ciemno. Ciemność trwała długo. W drodze pokazywano mi miejsca, gdzie kiedyś byłam w czasach mej młodości. Na czym ja leciałam, nie wiem, na powietrzu czy na obłoku, wyjaśnić nie potrafię.

Gdy leciałam, dzień był pochmurny, potem zrobiło się jasno, tak jasno, że nawet niemożliwie było patrzeć. Położono mnie jakby na czarną płytę; chociaż również podczas lotu byłam w pozycji leżącej; a na czym leżałam, nie wiem, to coś było w rodzaju sklejki, ale miękkiej i czarnego koloru. Doleciałam do osady. Zamiast ulicy była tam aleja, wzdłuż której rosły krzewy, niewysokie i nieznane mi, gałązki bardzo cienkie, liście zaostrzone z obu końców. Dalej było widać ogromne drzewa, a na nich bardzo piękne liście różnych kolorów. Między drzewami stały niewysokie domki, ale nikogo z ludzi w nich nie widziałam. I w tej dolinie była przepiękna trawa. Myślę sobie: Gdzie jestem? Dokąd przybyłam? Do wioski czy do miasta? Nie widzę żadnych zakładów, fabryk ani ludzi. Kto tu mieszka? Patrzę, niedaleko ode mnie idzie kobieta, bardzo ładna i wysoka, w długiej szacie i brokatowej pelerynie z góry. Za Nią szedł chłopiec, bardzo płakał i o coś Ją prosił, ale Ona nie zwracała na niego żadnej uwagi. Pomyślałam: „Cóż to za Matka? – on płacze, a ona nie zwraca uwagi na jego prośby. Kiedy zbliżyła się Ona do mnie, chłopiec upadł do Jej nóg i znów zaczął o coś ją prosić, lecz ja nic nie  zrozumiałam. Chciałam Ją zapytać, gdzie jestem? Ale ona podeszła do mnie i powiedziała: „Boże, gdzie ją dać?”. Stała ze złożonymi rękami na piersiach, a oczy podniosła do góry. Wtedy mocno zadrżałam, gdyż zrozumiałam, że umarłam i dusza moja znajduje się w niebie, a ciało na ziemi. Natychmiast zrozumiałam, że mam dużo grzechów i przyjdzie mi za nie odpowiedzieć. Zaczęłam bardzo płakać. Obróciłam głowę, żeby zobaczyć Boga, nikogo nie widzę, ale głos Boga słyszę. Bóg powiedział: „Odeślij ją z powrotem, przyszła za wcześnie. Cnota jej ojca i jego nieustanne modlitwy, wyjednały Moje Miłosierdzie”. W tej chwili zrozumiałam, że Kobieta jest Królową Niebios, a chłopiec, który chodził za Nią i płakał, prosząc za mną – to mój Anioł Stróż. Pan Bóg mówił dalej: „Naprzykrzyły mi się jej bluźnierstwa i grzeszne życie. Chciałem zetrzeć ją z powierzchni ziemi bez kary, ale jej ojciec ubłagał Mnie”. Pan Bóg powiedział: „Należy jej pokazać miejsce, na które zasłużyła”. W mgnieniu oka znalazłam się w Piekle. Zaczęły włazić na mnie straszliwe ogniste gady, języki maja długie, a z tych języków wylatuje ogień, i jeszcze inne gady były wokół mnie. Smród był nieznośny, a te żmije wpiły się we mnie i zaczęły łazić po mnie, grube na palec i z ogonami, a na ogonach igły zębate, właziły do uszu, oczu, w usta, do nosa, do wszystkich otworów – ból był nie do zniesienia. Zaczęłam krzyczeć nie swoim głosem, ale zmiłowania i pomocy tam nie ma znikąd. Zjawiła się zmarła po dokonaniu aborcji kobieta, płacze i prosi Boga o przebaczenie i miłosierdzie. Bóg na to jej odpowiedział: „Jak żyłaś na ziemi? Mnie nie uznawałaś i nie przywoływałaś, a dzieci zabijałaś w swoim łonie i ludziom doradzałaś: „Nie trzeba nędzy rozmnażać”; dla was dzieci są zbędne, a u Mnie nie ma zbędnych. Daję wam wszystko. U Mnie wszystkiego wystarcza dla Mojego stworzenia”. Potem Pan Bóg mi powiedział: „Dałem ci chorobę, żebyś się nawróciła, a ty do końca bluźniłaś Mi.”

 

Zawirowała ziemia wraz ze mną i odleciałam stamtąd, buchnął smród i ziemia się wyrównała, był huk, a następnie zobaczyłam mój kościół, który lżyłam. Kiedy otworzyły się drzwi i wyszedł stamtąd duchowny w białych szatach, od których wychodziły błyszczące promienie. Stał on ze spuszczoną głową. Wtedy zapytał mnie Pan Bóg: „Kto to jest?”. Odpowiedziałam: „To jest nasz duchowny”. A głos mi odpowiedział: „A ty mówiłaś, że to jest nierób; nie, on nie jest nierobem, on jest robotnikiem, jest prawdziwym pasterzem, a nie najemnikiem. I wiedz, że w jakim by nie był on małym stopniu, on służy Mnie, Bogu i jeżeli Ojciec duchowny nie przeczyta nad tobą modlitwy rozgrzeszenia, to i Ja ci nie przebaczę”. Wtedy zaczęłam prosić: „Boże, pozwól mi wrócić na ziemię, ja mam chłopca!”. Pan Bóg powiedział: „Wiem, że masz dziecko. I żal ci go?”. Odpowiadam: „Bardzo żal”. Pan Bóg dalej mówi: „Tak, żal ci jednego, a Ja mam was nie do zliczenia i żal mi was trzykrotnie bardziej. Ale jaką grzeszną drogę sobie wybraliście? Po co pragniecie zdobywać wiele bogactw, po co czynicie wszelką nieprawdę? Widzisz, jak teraz rozchwytują twój majątek? Do kogo trafiło twoje bogactwo? Majątek twój rozkradli, dziecko oddali do domu dziecka, a twoja dusza nieczysta przyszła tutaj. Służyła ona demonowi i ofiary mu składała: do kina, do teatru chodziła. Do świątyni Bożej nie chodzicie… Czekam, kiedy się przebudzicie ze snu grzesznego i wyrazicie skruchę. Potem Bóg powiedział: „Ratujcie sami dusze wasze; módlcie się, ponieważ wiek mizerny pozostał, szybko, szybko przyjdę sądzić świat, módlcie się”. – Zapytałam Pana Boga: „Boże, jak mam się modlić, nie umiem modlitwy”? – Módl się,- Pan Bóg odpowiedział: „Nie ta modlitwa jest Mi droga, którą czytacie i uczycie się na pamięć, ale ta modlitwa jest mi droga, którą mówicie ze szczerego serca, z głębi duszy. Mówcie: „Boże przebacz mi; Panie, pomóż mi – z czystego serca –  ze łzami na oczach waszych – oto taka modlitwa i prośba będzie dla mnie przyjemna i miła” – tak powiedział Pan Bóg.

 

Potem zjawiła się Matka Boża i znów znalazłam się na tamtej płycie, ale nie leżałam, a stałam. Królowa Nieba zapytała: „Boże, na czym ją spuścić, ona ma za krótkie włosy?” I słyszę głos Boga: „Daj jej warkocz do prawej ręki pod kolor jej włosów”. A kiedy Królowa poszła po warkocz, to zobaczyłam jak Ona doszła do dużych wrót lub drzwi, których budowa i przeplatania były wykonane w linii ukośnej, jak wrota ołtarza, ale o niewypowiedzianej piękności; biło od nich takie światło, że nie   można było patrzeć. Kiedy podeszła do nich Królowa Niebios, to one same się przed Nią otworzyły.  Weszła Ona do wnętrza jakiegoś pałacu czy ogrodu, a ja zostałam w miejscu, gdzie stałam. Obok mnie stał mój Anioł, ale nie pokazywał mi swojej twarzy. Zapragnęłam prosić Boga o pokazanie mi raju. Mówię: „Boże, mówią, że tu jest raj”. Pan Bóg nie dał mi odpowiedzi.

 

A kiedy przyszła Królowa Niebios, powiedział do Niej: „Podnieś i pokaż jej Raj”.

 

Królowa Niebios powiodła Swą ręką nade mną i mówi: „U was jest raj na ziemi; a tutaj dla grzeszników oto taki jest „raj”, – i podniosła jakby okrycie lub zasłonę i na lewej stronie zobaczyłam: stoją czarni, spaleni ludzie, jak szkielety, była ich niezliczona ilość i bił od nich straszny smród. Kiedy dziś wspominam, to odczuwam ten nie do zniesienia smród i boję się, żeby znów nie trafić do tego miejsca. Wszyscy oni jęczą, gardła ich wyschły, proszą pić, pić, choćby kroplę, aby ktoś ją im podał. Zrobiło mi się straszno, gdy mówili: „Ta dusza przyszła z ziemskiego raju, idzie od niej wonny zapach”. Człowiekowi na ziemi dane jest prawo wyboru i czas, żeby mógł on zdobyć raj niebieski i jeżeli na ziemi nie będzie się on trudził w imię Boga o zbawienie swej duszy, to nie uniknie pobytu w tym miejscu.

 

Królowa Niebios wskazała na tych cuchnących, czarnych ludzi i powiedziała: „U was w ziemskim raju droga jest jałmużna, nawet i ta woda. Dawajcie jałmużnę, ile kto może, ze szczerego serca. Jak powiedział Sam Pan Bóg w Ewangelii: Jeśli kto szklankę zimnej wody poda spragnionemu w imię Moje, to otrzyma nagrodę od Boga. A u was nie tylko wody jest dużo, ale i wszystkiego innego pod dostatkiem i dlatego należy starać się podać jałmużnę potrzebującym. A szczególnie, ta woda, której jedna kropla może ugasić pragnienie niezliczonej rzeszy ludzi. Dobrodziejstwa tego, niewyczerpane zasoby, zawierają znajdujące się u was morza i rzeki”.

Uzupełnienie:

Jak później wyjaśnili jej starcy z Ławry św. Trójcy i św. Sergiusza (w szczególności archimandryta Kiryłł), pokazano jej dusze grzeszników, wymodlonych przez Cerkiew z piekła. Pan Bóg wybawił ich od cierpień, ale do raju nie wpuścił, ponieważ w życiu ziemskim one wiele grzeszyły, ale mało wykazywały skruchę lub wcale. (To właśnie wskazuje na brak katolickiego Czyśćca, ponieważ gdyby Cerkiew się nie modliła, to nikt by się nie oczyścił. Ale nawet i oczyszczony do raju od razu nie trafia, a nawet aż do dnia Strasznego Sądu może przebywać w przedsionku piekła. Stąd można wnioskować, że Kławdii został pokazany prawdziwy stan jej duszy, która mogła trafić tylko do tego „raju”.)

[…]

Należałoby krótko skomentować niektóre szczegóły, podane w broszurze. Na przykład, taki ważny szczegół: Matka Boża mówiła Kławdii, że jedną kroplą wody (tj. jałmużny) napija się mnóstwo ludzi. To jeszcze raz pokazuje, że zmarli potrzebują modlitw o spokój duszy.

 

(Źródło: Воскрешение Клавдии / Православная газета БЛАГОВЕСТ (10.03.1999)

http://www.cofe.ru/blagovest/article.asp?heading=30&article=5338)

 

I naraz, w jednej chwili znalazłam się w Tartarze, – tutaj było jeszcze gorzej, aniżeli w pierwszym miejscu, które widziałam. Na początku była tam ciemność i ogień, podbiegły do mnie diabły z notesami i pokazywały wszystkie złe moje uczynki i mówiły: „Oto jesteśmy, jesteśmy tymi, którym służyłaś na ziemi”; i ja sama czytałam zapisy swoich uczynków. Z ust diabłów wychodził ogień. Zaczęli bić mnie po głowie, wpiły się we mnie iskry ogniste. Zaczęłam krzyczeć od nieznośnego bólu, ale niestety, usłyszałam tylko słabe jęki. Jęczący prosili pić, pić; a kiedy oświetlał ich ogień, to ich zobaczyłam: byli bardzo chudzi, szyje wyciągnięte, oczy wyłupiaste i mówią do mnie: „Oto i ty przyszłaś do nas, koleżanko, teraz będziesz żyć z nami. I ty i my żyliśmy na ziemi i nikogo nie kochaliśmy, ani sług Bożych, ani biednych, a tylko chełpiliśmy się, bluźniliśmy Bogu, słuchaliśmy odstępców od Boga, a prawosławnych pasterzy znieważaliśmy i nigdy nie okazywaliśmy skruchy. A grzesznicy, tacy sami jak my, którzy ze szczerego serca okazali skruchę, uczęszczali do świątyni Bożej, przyjmowali pielgrzymów, dawali jałmużnę biednym, pomagali wszystkim w potrzebie, czynili dobre uczynki, to oni znajdują się tam, w górze”.

 

Drżałam, oglądając te potworności, a oni mówili nadal: „Będziesz z nami żyła i cierpiała wiecznie, tak jak i my”.

 

Później zjawiła się Matka Boża i zrobiło się jasno, wszystkie diabły upadły na twarz, a dusze zwróciły się do Niej: – Matko Boża, Królowo Niebios, nie zostawiaj nas tutaj. Jedni mówią: „My już tyle a tyle tu się męczymy; inni: „a my już tyle a tyle męczymy się, wody nie ma ani kropli, a upał nieznośny”; i płaczą gorzkimi łzami.

 

Matka Boża także bardzo płakała i mówiła im: „Kiedy żyliście na ziemi, wtedy Mnie nie wołaliście i nie prosiliście o pomoc, nie wyrażaliście skruchy przed Synem Moim i Bogiem waszym, więc Ja teraz nie mogę wam pomóc. Nie mogę przekroczyć woli Ojca Niebieskiego i dlatego nie mogę wam pomóc i prosić za wami. Ulituję się tylko nad tymi cierpiącymi w Piekle, za których modli się Cerkiew i bliska rodzina” (u prawosławnych nie ma pojęcia „czyśćca” – uwaga A.L.).

 

Gdy byłam w Piekle, dawali mi jeść różne robaki: żywe i zdechłe, śmierdzące. – a ja krzyczałam i mówiłam: „Jakże ja będę je jadła?”. A mnie odpowiedziano: „Postów nie przestrzegałaś, gdy żyłaś na ziemi, czy mięso jadłaś? Nie jadłaś mięsa, tylko robaki, więc i tutaj jedz robaki”. Tutaj zamiast mleka dawano wszelkiego rodzaju gady, żaby.

 

Potem zaczęłyśmy się podnosić, a ci, którzy zostali w Piekle, głośno krzyczeli: „Nie zostawiaj nas, Matko Boża!”.

 

Potem znów nastąpiła ciemność i znalazłam się na tej płycie. Królowa Niebios tak samo złożyła ręce na piersiach, podniosła oczy do Nieba i zapytała: „Jak mam z nią postąpić, dokąd ją dać?”. Bóg odpowiedział: „Spuść ją na ziemię za jej włosy”.

 

I naraz skądś pojawiło się 12 taczek bez kół, ale one jechały. Królowa Niebios mówi mi: „Stawaj prawą nogę, idź do przodu i dostawiaj do niej lewą”. Sama szła obok mnie i gdy doszłyśmy do ostatniej taczki, to okazało się, że ona nie ma dna, była tam przepaść, której nie było końca.

 

Królowa Niebios mówi: „Opuść prawą nogę, a potem lewą”. Mówię: „Boję się, przecież upadnę”. A Ona odpowiada: „Tak i trzeba nam, żebyś upadła!” — „Ale przecież się zabiję!” – „Nie, nie zabijesz się”,- odpowiedziała Matka Boża i podała mi warkocz grubszym końcem do prawej ręki, a cienki koniec wzięła sobie. Warkocz był spleciony w trzy rzędy. Potem wstrząsnęła warkoczem i poleciałam na ziemię.

 

Patrzę – na ziemi jeżdżą samochody, ludzie idą do pracy. Widzę, że lecę na plac nowego rynku, ale nie ląduję, tylko cicho lecę do kostnicy, gdzie leży moje ciało i w oka mgnieniu stanęłam na ziemi – była  to godzina 13.30.

 

Po tamtym świecie nie podobało mi się na ziemi. Poszłam do kostnicy. Była zamknięta, weszłam do środka, patrzę: leży moje martwe ciało, głowa nieco zwisała i ręka, a druga ręka i bok były przyciśnięte ciałem nieboszczyka. Jak weszłam w ciało, tego nie wiem, odczułam tylko lodowate  zimno.

 

Uwolniłam jakoś przyciśnięty bok i silnie podciągnąwszy kolana, przycisnęłam je do łokci. W tym czasie przyniesiono na noszach martwego mężczyznę, z odciętymi przez pociąg nogami. Otworzyłam oczy i poruszyłam się. Wszyscy, jak zobaczyli, że się poruszyłam, w strachu uciekli, zostawiwszy tego zmarłego. Potem przyszli sanitariusze i dwóch lekarzy. Polecili, aby natychmiast przenieść mnie do szpitala. Zebrali się tam lekarze i powiedzieli: „Trzeba jej mózg ogrzać lampami”. Działo się to 23 lutego 1965 roku o godzinie 4.00 (czyli 16-tej – od A.L.). Na moim ciele było osiem szwów – trzy na piersiach, pozostałe na rękach i nogach, ponieważ praktykowano na mnie.

 

Kiedy rozgrzali mi głowę i całe ciało, otworzyłam oczy i po dwóch godzinach zaczęłam mówić. Trup mój był na pół zmarznięty, stopniowo się rozmrażał, a także mózg. Odżywiano mnie sztucznie, na dwudziesty dzień przyniesiono śniadanie: bliny ze śmietaną i kawę. Od razu odmówiłam jedzenia. Siostra w strachu uciekła ode mnie i wszyscy na sali zwrócili na mnie uwagę. Natychmiast przyszedł lekarz i zaczął pytać, dlaczego nie chcę jeść. Odpowiedziałam: „Dzisiaj jest piątek, a ja nie postnych posiłków jeść nie będę”. I jeszcze powiedziałam lekarzowi: „Lepiej niech pan usiądzie, a ja wszystko opowiem, gdzie byłam i co widziałam”. On usiadł i wszyscy słuchali. „Kto nie przestrzega postów w środy i w piątki, to tam zamiast mleka dają wszelkie żaby, gady i płazy. To czeka wszystkich grzeszników, którzy nie okażą skruchy i nie wyspowiadają się przed duchownym, dlatego nie postnego jedzenia w te dni jeść nie będę”.

 

Lekarz podczas mojego opowiadania to czerwienił się, to bladł, a chorzy słuchali z wielkim zainteresowaniem. Potem zebrało się dużo lekarzy i innych osób, a ja z nimi rozmawiałam. Opowiadałam o wszystkim, co widziałam i słyszałam i że mnie teraz nic nie boli. Przychodziło do mnie mnóstwo ludzi i ja pokazywałam im moje rany i o wszystkim opowiadałam. Później milicja zaczęła ludzi odpędzać ode mnie, a mnie przewieziono do szpitala miejskiego. Tam całkiem wyzdrowiałam. Poprosiłam lekarzy, aby szybciej zaleczyli moje rany. Wszyscy lekarze, którzy mnie widzieli, byli ciekawi, jak mogłam ożyć, skoro wszystkie jelita były na pół zgniłe i całe wnętrze zaatakowane przez raka, a tym bardziej, że wszystko po operacji zostało wrzucone byle jak i w pośpiechu zaszyto. Postanowiono zrobić nową operację, dla potwierdzenia.

 

I oto znów jestem na stole operacyjnym. Kiedy Główny Lekarz Walentyna Wasiliewna Alabjewa  zdjęła klamry i otworzyła brzuch, to powiedziała: „Dlaczego kroili człowieka? U niej wszystko absolutnie zdrowe”.

 

Poprosiłam, żeby nie zakrywano mi oczu i nie dawano narkozy, ponieważ, jak im mówiłam, nic mnie nie boli. Lekarze znów wyciągnęli moje wnętrzności na stół. Patrzę w sufit i widzę wszystko, co mam w środku i co robią ze mną lekarze. Zapytałam lekarzy, co mi jest i jaką mam chorobę? Lekarz odpowiedziała: „Całe wnętrze jak u niemowlęcia, czyste”.

 

Notka biograficzna

Alabjewa Walentina Wasiliewna (1916–1986). Zasłużony lekarz RSFRR (1958), Honorowy Obywatel m. Barnaułu (1977). Urodziła się w rodzinie chłopskiej we wiosce Ozierki Szczygrowskiego powiatu Kurskiej gubernii. Ukończyła technikum medyczne w Kursku (1933), Kurski instytut medyczny (1940). Pracowała jako felczer (1933–1935), kierownik szpitala wiejskiego w powiecie borysowskim województwa kurskiego. Od czerwca 1941 roku do końca Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (1418 dni) – lekarz – chirurg szpitali wojskowo – polowych w Moskwie, Stalingradzie, na Froncie Białoruskim, w Berlinie. В listopadzie 1945 roku przyjechała do Barnaułu, pracowała jako chirurg w szpitalu miejskim (1945–1965), była głównym chirurgiem miasta, głównym lekarzem oddziału medyczno – sanitarnego przedsiębiorstwa „Chimwołokno”. Odznaczona orderami Lenina, Rewolucji Październikowej, Czerwonej Gwiazdy, Wojny Ojczyźnianej III stopnia i 7 medalami. Dzieci wybrały zawód matki. Córka – Galina Władimirowna – dr nauk medycznych, syn – Władimir Władimirowicz  – dr nauk medycznych, docent katedry patologii fizjologii Ałtajskiego Państwowego Instytutu Medycznego.

 

Wkrótce pojawił się lekarz, który robił mi pierwszą operację, a z nim wielu innych lekarzy. Patrzę na nich, a oni na mnie i na moje wnętrzności i mówią: „Gdzież jest jej choroba? U niej wszystko było zgniłe i zaatakowane, a teraz jest zdrowe”. Podeszli bliżej, ze zdziwienia „achali” i pytali jeden drugiego: „Gdzie jest jej choroba, na którą chorowała?”. Lekarze pytali: „Kława, czy cię boli?”. Powiedziałam, że nie. Lekarze dziwili się, potem przekonali się, że odpowiadam rozsądnie i zaczęli żartować: „No, Kława, teraz wyzdrowiejesz i wyjdziesz za mąż.” A ja mówię im, żeby szybciej robili operację.

 

Podczas operacji lekarze trzykrotnie mnie pytali: „Kława, boli cię?”. – „Nie, ani trochę” – odpowiadałam. Inni lekarze, którzy byli obecni, a było ich wielu, chodzili i biegali po sali operacyjnej jak nieprzytomni, chwytali się za głowy, za ręce i byli bladzi jak trupy. Powiedziałam im: „To Pan Bóg objawił swoją miłość na mnie, abym żyła i mówiła innym; i wam dla uświadomienia, że nad nami jest moc Najwyższego”. Potem powiedziałam profesorowi Izraelowi Isajewiczowi Neumarkowi: „Jak mógł się Pan tak pomylić? – zrobił mi Pan operację?”. Odpowiedział: „Nie można było się pomylić, w  tobie wszystko było porażone przez raka”. Wtedy zapytałam go: „Co Pan teraz myśli?”   Odpowiedział: „Najwyższy ciebie odrodził!”. A ja mu powiedziałam: „Jeżeli Jemu Pan wierzy, to niech Pan się ochrzci, przyjmie wiarę Chrystusa i weźmie ślub!”. On był Żydem. Zaczerwienił się ze zmieszania i był w strasznym zakłopotaniu z powodu tego, co się wydarzyło.

 

Wszystko słyszałam i widziałam, jak układali z powrotem moje wnętrzności; a kiedy założyli ostatni szew, Główny Lekarz – Walentyna Wasiljewna (która operowała), wyszła ze sali operacyjnej, upadła na krzesło i głośno zapłakała. Wszyscy ze strachem pytali ją: „Co, Kława umarła?”. Odpowiedziała: „Nie, nie umarła, jestem wstrząśnięta tym, skąd w niej pojawiła się taka siła, ona ani razu nie stęknęła. Czy to znów nie cud Boski – to widać, że Bóg jej pomaga”. I mówiła mi bez strachu jeszcze, że kiedy leżałam w szpitalu miejskim pod jej opieką, to profesor Żyd, który robił mi pierwszą operację, Neumark Izrael Isajewicz, niejednokrotnie namawiał Walentynę Wasiljewnę, aby w jakiś sposób uśmiercić mnie, lecz ona kategorycznie odmówiła tego i na początku sama osobiście opiekowała się mną, obawiając się, aby ktoś mnie nie uśmiercił, sama dawała mi jedzenie i picie. Przy drugiej operacji uczestniczyło bardzo wielu lekarzy z różnych szpitali, w tym Dyrektor Instytutu Medycznego, który powiedział, że jest to niespotykany przypadek w praktyce światowej.

 

Kiedy wyszłam ze szpitala, od razu zaprosiłam do domu tego duchownego, którego lżyłam i z którego się wyśmiewałam, że jest nierobem, ale w rzeczywistości był on prawdziwym sługą Ołtarza  Pańskiego. Wszystko mu opowiedziałam, wyspowiadałam się i przyjęłam Komunię Świętą. Kapłan odprawił nabożeństwo w moim domu i poświęcił go. Dotąd w domu było samo obrzydlistwo, popijawy, awantury, wszystkiego nie da się opowiedzieć, co wyrabiałam. Na drugi dzień po  nawróceniu (raczej po wyjściu ze szpitala – od A.L.) poszłam do Miejskiego Komitetu Partii i oddałam legitymację partyjną. Tamta, poprzednia Kława, bezbożnica i aktywistka, już nie istnieje, ponieważ zmarła w 40 – tym roku od urodzenia. Dzięki Łasce Królowej Niebios i Boga Najwyższego chodzę do cerkwi i prowadzę życie godne chrześcijanki. Chodzę po urzędach i opowiadam wszystko, co mnie się przydarzyło, a Bóg mi we wszystkim pomaga. Teraz wszystkich przyjmuję, kto do mnie przychodzi i każdemu opowiadam to, co się wydarzyło.

 

I radzę wszystkim, kto nie chce przyjąć tych męczarni, o których opowiedziałam – okażcie skruchę, nawróćcie się ze swoich grzechów i poznajcie Boga.

 

Źródło:

Чудо воскрешения Клавдии Устюжаниной (бывшее в Барнауле в 1964 году). Записано со слов самой Клавдии Устюжаниной

Cud wskrzeszzenia Kłaudii Ustiużaniny (zaistniały w Barnaule w 1964 roku). Spisano ze słów samej Kłaudii Ustiużaniny

http://www.liveinternet.ru/users/3945460/post195972885/

 

 

  1. Opowiadanie o prawdziwych wydarzeniach, które wydarzyły się w mieście Barnauł z Kławdiją Ustiużaniną w 1964 roku

 

Opowiadanie K.N.Ustiużaninej zostało zapisane dosłownie przez jej syna protojereja ojca Andrieja Ustiużanina, kapłana prawosławnego, służącego obecnie w Swiato – Uspieńskim żeńskim klasztorze

w Aleksandrowie, Diecezji Władimiro – Suzdalskiej. Ojciec Andriej opowiadanie swojej matki spisał tak, jak zapamiętał go w wieku dziecięcym, a później w młodzieńczym, słuchając go być może setki razy, kiedy Kławdija Nikiticzna opowiadała o głównym wydarzeniu swego życia licznym odwiedzającym, chcących usłyszeć świadectwo o Cudzie Bożym.

 

Opowiadanie to zostało wydane w formie broszury pt. „Cud Barnaulski. Opowiadanie o prawdziwych wydarzeniach, które wydarzyły się w mieście Barnauł z Kławdiją Ustiużaniną w 1964 roku” (wydanie Klasztoru Sreteńskiego. Moskwa, 1996 r.). Broszura ta była też wydawana w języku angielskim. Jeszcze wcześniej ojciec A.Ustiużanin niedługo po opisywanych wydarzeniach wydał w wydawnictwie nielegalnym (ros. – через самиздат – od A.L.) ze słów matki cieniutką broszurkę. Broszurkę tę oraz zdjęcia, historię choroby matki i dokumenty ze szpitali troskliwie do dziś przechowuje. Protojerej A. Ustiużanin podkreśla, że w literaturze na temat Cudu jest mnóstwo błędów, przeinaczeń i zniekształceń, w szczególności nawet w książce „Cuda prawosławne w XX wieku” (ros. – «Православные чудеса в XX веке»). W obronie matki mówi on: „Twierdzi się, ze mama była „bezbożnicą”, bardzo bluźniła Bogu i prześladowała Cerkiew Świętą, „była bardzo aktywną komunistką”, dla zoperowania której specjalnie „sprowadzono z Moskwy profesora”. Ona, chociaż i odeszła od wiary w Boga po śmierci swego ojca, nigdy nie była partyjną „aktywistką” i nie mogła prześladować cerkwi. Ja zapisałem dosłownie jej opowiadanie, podając tylko to, co zapamiętałem z jej nieskończonych opowiadań ludziom…”

 

Uwaga A.L.: Można zrozumieć dążenie syna do obrony matki przed zarzutami o bezbożnictwo. Jednak faktem jest, że z Moskwy sprowadzono aż na Syberię słynnego profesora – chirurga Neumarka, który miał ja zoperować. Musiały go sprowadzić władze partyjne miasta Barnaułu, a wiadomo, że dla

„swoich ludzi” partia robiła wiele. W podanym wyżej świadectwie Kławdii U., zapisanym z jej ust, fakt ten jest zamieszczony oraz jej zachowanie się wobec cerkwi. Pozostawmy zatem ten wątek w  treści świadectwa z zaznaczeniem, że nie ma pewności co do jego wiarygodności. Tym bardziej, że w jednym z wywiadów w ojcem Andriejem U. jest potwierdzenie o braku wiary matki. Oto fragment: … Ojciec Andriej wspomina: „Mama była aktywną komunistką. Po tym, co się wydarzyło, oddała ona legitymacje partyjną. W ciężkich pod względem duchownym latach 60 -70 – tych mama świadczyła o tym, co z nią się wydarzyło. Starano się ją wsadzić do więzienia, odbyło się siedem rozpraw sądowych.

 Osobiście znam ludzi, którzy dzięki jej świadectwom, przyszli do wiary”…

Wg: <http://profi-rus.narod.ru/pravoslavie/NEPOZN/NEPOZN.htm>

 

 

Oto tekst opowiadania według broszury ojca Andrieja Ustiużanina:

 

Ja, Ustiużanina Kławdija, córka Nikity, urodziłam się 5 marca 1919 roku we wiosce Jarki województwa Nowosybirskiego w wielodzietnej rodzinie chłopa Nikity Ustiużanina, syna Trofima. W rodzinie było czternaście dzieci, ale Pan Bóg nie pozbawił nas Swej Miłości. W 1928 roku zostałam bez matki. Starsi bracia i siostry poszli pracować (w rodzinie byłam przedostatnim dzieckiem). Ojca ludzie bardzo lubili za jego uczynność i sprawiedliwość. Potrzebującym pomagał we wszystkim, czym tylko mógł. Kiedy zachorował na tyfus, to rodzinie było ciężko, ale Bóg nas nie zostawił. W 1934 roku ojciec umarł.

 

Po siedmioletniej szkole podstawowej poszłam się uczyć do technikum, a następnie ukończyłam kursy kierowców (lata 1943-1945). W 1937 roku wyszłam za mąż. Po roku urodziła się córka Aleksandra, ale po dwóch latach zachorowała i umarła. Po wojnie utraciłam męża. Samej było ciężko, trzeba było wykonywać wszelkie prace i na różnych stanowiskach.

W 1941 roku zaczęła boleć trzustka i zwróciłam się do lekarzy po pomoc. Wyszłam po raz drugi za mąż, ale dzieci długo nie mieliśmy. W końcu, w 1956 roku urodził się syn Andriusza. Kiedy syn miał  9 miesięcy, wzięliśmy z mężem rozwód, ponieważ on dużo pił, był zazdrosny i źle traktował syna.

 

Andriej U. przed domem w Barnaule, w którym kiedyś mieszkał z matką, przy ul. Krupskoj 96 (1999 r.)

 

 

Na zdjęciu z lewej protojerej Andriej Ustiużanin

 odprawia panichidę (nabożeństwo żałobne)

na grobie matki w miasteczku Strunino

 

 

W latach 1963-1964 byłam zmuszona iść do szpitala na obserwację. Wykryto u mnie złośliwego guza. Jednak, aby mnie nie martwić powiedziano, że guz jest niezłośliwy. Chciałam, aby powiedziano mi prawdę, nic nie ukrywając, ale powiedziano mi tylko, że moja karta historii choroby znajduje się w poradni onkologicznej. Poszłam tam i chcąc dowiedzieć się prawdy, podałam się za swoją siostrę, która interesuje się historią choroby krewnej. Odpowiedziano mi, że mam złośliwego guza, czyli tak zwanego raka. Przed położeniem się na operację, chciałam na wypadek śmierci zapewnić synowi byt i dokonać spisu majątku. Kiedy spis został zrobiony, to zaczęto wypytywać krewnych, kto weźmie do  siebie mego syna, ale wszyscy odmówili i wówczas załatwiono jego przyjęcie do domu dziecka.

 

17 lutego 1964 roku przekazałam wszystkie sprawy w swoim sklepie, a 19 lutego byłam już na operacji. Przeprowadzał ja znany profesor Izrael Isajewicz Neumark (narodowości żydowskiej) wraz z trzema lekarzami i siedmioma praktykantami. Wycinanie czegokolwiek z żołądka było bezcelowe, ponieważ cały on był objęty rakiem; wypompowano 1,5 litra ropy. Na stole operacyjnym nastąpiła śmierć.

 

Samego procesu oddzielenia mojej duszy od ciała nie czułam, tylko naraz zobaczyłam swoje ciało z boku tak, jak widzimy na przykład, jakąś rzecz: palto, stół itp. Widzę, jak wokół mego ciała uwijają się ludzie, starając się przywrócić mnie do życia. Wszystko słyszę i rozumiem, o czym oni mówią. Czuję i przeżywam, ale chcę dać im znać, że jestem tu, ale nie mogę.

Naraz znalazłam się w bliskich i znanych mi miejscach, tam, gdzie kiedyś mnie obrażano, gdzie płakałam i w innych trudnych i pamiętnych miejscach. Jednak nie widziałam nikogo obok siebie i ile minęło czasu, abym mogła znaleźć się w tych miejscach i w jaki sposób dokonywało się moje przemieszczanie – pozostało to dla mnie niepojętą tajemnicą.

 

Uzupełnienie z:  Барнаульское чудо <http://pravaya.ru/faith/11/733>

Kiedyś, gdy Kławdija była jeszcze małą dziewczynką, posłano ją do sąsiedniej wioski po chleb. Wracała szczęśliwa, ściskając w rękach upragniony bochenek; w pewnym momencie nadbiegli chłopcy, zbili ją i zabrali chleb. Z doznanej krzywdy rozrywało się serce, zapamiętała to zdarzenie na całe życie. I oto teraz, gdy dusza zostawiła ciało, w jakiś niepojęty sposób znów znalazła się ona na tej samej drodze, na której została skrzywdzona. Oraz w innych miejscach, które zapamiętała, które utkwiły w jej pamięci. W pracach o życiu pozagrobowym wielu ojców Cerkwi zwraca uwagę właśnie na to. Pierwsze trzy dni dusza człowieka zwiedza drogie jej, zapamiętałe miejsca, ogląda je, żegna się z nimi.

 

Nieoczekiwanie znalazłam się w zupełnie nieznanej mi okolicy, gdzie nie było domów mieszkalnych, ani ludzi, ani lasu, ani roślin. Zobaczyłam tu zielona aleję, niezbyt szeroką i niezbyt wąską. Chociaż znajdowałam się w tej alei w pozycji poziomej, ale leżałam nie na samej trawie, lecz na ciemnym kwadratowym przedmiocie (około 1,5 na 1,5 metra), jednak z jakiego materiału był on wykonany – nie mogłam określić, ponieważ nie byłam w stanie dotknąć go swoimi rękami. Pogoda była umiarkowana: niezbyt zimno i niezbyt ciepło. Nie widziałam, aby świeciło tam słońce, ale nie można powiedzieć, że pogoda była pochmurna. Chciałam zapytać kogoś o to, gdzie ja jestem. Na stronie zachodniej zobaczyłam wrota, przypominające swoim kształtem wrota carskie w świątyni Bożej. Blask od tych wrót był tak silny, że gdyby można było porównać blask złota lub innego jakiegoś drogocennego  metalu z ich blaskiem, to byłby ten blask w porównaniu z tymi wrotami jak węgiel.

 

Nagle zobaczyłam, że od wschodu w kierunku do mnie idzie wysokiego wzrostu Kobieta. Poważna, ubrana w długą szatę, (później dowiedziałam się, że była to szata zakonnicy), z okrytą głową. Widoczna była poważna twarz, końce palców rąk i część stopy przy chodzeniu. Kiedy stawiała ona nogę na trawę, to trawa się uginała, ale kiedy podnosiła nogę, to trawa się prostowała, przyjmując poprzednie położenie (a nie tak, jak to zwykle bywa). Obok Niej szło dziecko, sięgające Jej tylko do ramienia. Starałam się zobaczyć jego twarz, ale to mi się nie udawało, ponieważ ono cały czas obracało się do mnie albo bokiem, albo plecami. Jak się dowiedziałam później, był to mój Anioł –   Stróż. Ucieszyłam się myśląc, że jak podejdą bliżej, to może dowiem się od nich, gdzie jestem.

Dziecko cały czas prosiło o coś Kobietę, gładząc Jej rękę, ale Ona bardzo chłodno go traktowała, nie zwracała uwagi na jego prośby. Pomyślałam wtedy: „Jakaż Ona bezlitosna. Gdyby mój syn Andriusza poprosił mnie o cokolwiek tak, jak prosi Ją to dziecko, to ja bym za ostatnie pieniądze kupiła mu to, o co prosi.”

 

Nie dochodząc 1,5 lub 2 metrów Kobieta, podniosła oczy do góry i zapytała: „Panie, dokąd ją?”. Usłyszałam męski głos, który Jej odpowiedział: „Trzeba ją spuścić z powrotem, ona umarła za wcześnie”. Gdyby można było go określić, to był to baryton o aksamitnym odcieniu. Kiedy to usłyszałam, to zrozumiałam, że znajduję się nie w jakimś miejscu, tylko w Niebie. Wraz z tym pojawiła się nadzieja na to, że będę mogła spuścić się na ziemie. Kobieta zapytała: „Panie, na czym ja spuścić, ma za krótkie włosy?”. Znów usłyszałam odpowiedź: „Daj jej warkocz do prawej ręki, pod  kolor jej włosów”.

 

Po tych słowach Kobieta weszła we wcześniej widziane przeze mnie wrota, a Jej dziecko stało obok mnie. Kiedy Jej nie było, to pomyślałam, że jeżeli ta Kobieta rozmawiała z Bogiem, to i ja mogę, więc zapytałam: „U nas na ziemi mówią, że u was gdzieś tutaj jest raj”? Jednak odpowiedzi na moje pytanie nie otrzymałam. Wówczas jeszcze raz zwróciłam się do Pana Boga: „Zostało ze mną maleńkie dziecko”. Słyszę w odpowiedzi: „Wiem. Żal ci go”? „Tak”,- odpowiadam i słyszę: „Otóż, każdego z was Mi trzy razy bardziej żal. A was jest u Mnie tyle, że i liczby takiej nie ma. Wy z Mojej Łaski chodzicie, Moją Łaską oddychacie i przede Mną klękacie”. I jeszcze usłyszałam: „Módl się, wiek mizerny życia pozostał. Nie ta modlitwa jest silna, którą gdzieś wyczytała lub której nauczyłaś się, a ta, która jest ze czystego serca, stań w dowolnym miejscu i powiedz Mi: „Panie, pomóż mi! Panie, daj mi! Ja was widzę, Ja was słyszę”.

 

W tym czasie wróciła Kobieta z warkoczem i usłyszałam głos, który się zwrócił do Niej: „Pokaż jej raj, ona pyta, gdzie tutaj jest raj.” Kobieta podeszła do mnie i wyciągnęła nade mną Swoją rękę. Jak  tylko tak uczyniła, mnie jakby prądem podrzuciło i od razu znalazłam się w pozycji pionowej. Następnie zwróciła się do mnie ze słowami: „Wasz raj jest na ziemi, a tutaj oto jaki „raj”,- i wskazała mi na lewą stronę. Zobaczyłam wielkie mnóstwo ludzi, stojących ciasno obok siebie. Wszyscy oni byli czarni, obciągnięci spaloną skórą. Było ich tak wielu, że jak to się mówi, jabłko nie ma gdzie upaść. Białe były tylko białka oczu i zęby. Szedł od nich taki nie do wytrzymania smród, że kiedy już ożyłam, to jeszcze przez pewien czas odczuwałam go. Zapach w ubikacji w porównaniu z nim jest jak perfumy. Ludzie rozmawiali ze sobą: „Ta przybyła z ziemskiego raju”. Starali się mnie rozpoznać, ale ja nikogo z nich nie mogłam poznać. Wtedy Kobieta powiedziała mi: „Dla tych ludzi największą jałmużną na ziemi jest woda. Jedną kroplą wody napija się nieskończone mnóstwo ludzi”.   

 

Potem znów przesunęła rękę i ludzi nie było widać. Ale naraz widzę, że w moja stronę kieruje się dwanaście przedmiotów. Kształtem swoim przypominali taczki, ale bez kół, jednak nie było widać ludzi, którzy by je przemieszczali. Przedmioty te przemieszczały się samodzielnie. Kiedy podpłynęły do mnie, Kobieta dała mi do prawej ręki warkocz i powiedziała: „Wstawaj na te taczki i idź cały czas  do przodu”. I ja poszłam z początku prawą nogą, a potem dostawiając do niej lewą (nie tak jak chodzimy – prawą, lewą). Kiedy w ten sposób dotarłam do ostatniej – dwunastej, to okazało się, że jest  ona bez dna. Zobaczyłam całą ziemię i to tak dobrze, jasno i wyraźnie, że my i dłoni swojej tak nie widzimy. Zobaczyłam świątynię, obok niej sklep, w którym ostatnio pracowałam. Powiedziałam Kobiecie: „Pracowałam w tym sklepie”. Ona odpowiedziała: „Wiem”. Pomyślałam: „Jeżeli Ona wie, że tam pracowałam, to znaczy, że wie też, czym tam się zajmowałam”. Zobaczyłam też naszych kapłanów, stojących plecami do nas. Ubrani byli po cywilnemu. Kobieta zapytała: „Czy poznajesz kogoś z nich”? Przypatrzywszy się im uważnie, wskazałam na Ojca Nikołaja Wajtowicza i nazwałam go po imieniu i imieniu ojca tak, jak to robią ludzie świeccy. W tej chwili kapłan odwrócił się w moją stronę. Tak, to był on, miał na sobie ubranie, którego nigdy dotąd nie widziałam. Kobieta powiedziała: „Stań tutaj”. Odpowiedziałam: „Tutaj nie ma dna, upadnę”. Słyszę: „Tak nam i trzeba, żebyś upadła.”„Ale przecież się zabiję!” – „Nie bój się, nie zabijesz.” Potem wstrząsnęła warkoczem i  znalazłam się w kostnicy w swoim ciele. Jak lub jakim sposobem weszłam do niego – nie wiem. W tym czasie do kostnicy wniesiono mężczyznę, u którego były odcięte nogi. Któryś z sanitariuszy zauważył we mnie oznaki życia. Powiadomili o tym lekarzy i ci zastosowali wszystkie niezbędne środki do ratowania życia: dali mi poduszkę z tlenem, zrobili zastrzyki. Martwą byłam 3 doby (zmarłam 19 lutego 1964 r., ożyłam 22 lutego). Po kilku dniach, nie zaszywszy jak należy gardła i zostawiwszy przetokę w boku brzucha, wypisano mnie do domu. Mówić głośno nie mogłam, słowa wymawiałam szeptem (uszkodzili mi struny głosowe). Kiedy jeszcze znajdowałam się w szpitalu,  mózg mój rozmrażał się bardzo powoli. Przejawiało się to w sposób następujący. Na przykład, rozumiem, że jest to moja rzecz, ale jak ona się nazywa, tego przypomnieć nie mogłam. Albo kiedy  przychodził do mnie syn, to rozumiałam, że to moje dziecko, ale jak mu na imię – nie mogłam od razu przypomnieć. Nawet wtedy, gdy znajdowałam się w takim stanie, jeżeli by mnie poproszono opowiedzieć o tym, co widziałam, to natychmiast bym to wykonała. Z każdym dniem czułam się lepiej i lepiej. Nie zaszyte gardło i przetoka w boku brzucha nie pozwalały mi prawidłowo jeść. Kiedy coś  jadłam, to część jedzenia wychodziła przez gardło i przetokę.

 

W marcu 1964 roku położyłam się na powtórną operację po to, aby poznać stan mego zdrowia i aby zaszyto mi szwy. Operację powtórną wykonywała znana lekarka Alabjewa Walentyna Wasiliewna. W czasie operacji widziałam, jak lekarze grzebią w moich wnętrznościach, a chcąc znać mój stan, zadawali mi różne pytania i ja na nie odpowiadałam. Po operacji Walentyna Wasiliewna w silnym zdenerwowaniu powiedziała mi, że w organizmie nie ma nawet podejrzenia na to, że był u mnie rak żołądka: wszystko wewnątrz było jak u nowonarodzonej.

 

Po powtórnej operacji przyszłam do mieszkania Izraela Isajewicza Neumarka i zapytałam go: „Jak mógł się Pan tak pomylić? Jeżeli my się pomylimy, to idziemy pod sąd.”. A on odpowiedział: „To było wykluczone, ponieważ sam widziałem to wszystko, widzieli obecni ze mną asystenci i w końcu potwierdziła to analiza”.

 

Z Łaski Bożej początkowo czułam się bardzo dobrze, zaczęłam chodzić do cerkwi, przystępować do Komunii św. Przez cały ten czas intrygowało mnie pytanie: Kim była ta Kobieta, którą widziałam w niebie? Pewnego razu, będąc w świątyni, zobaczyłam Jej obraz na jednej z ikon Matki Bożej (była to Ikona Matki Bożej Kazańskiej). Wtedy zrozumiałam, że była to Sama Królowa Niebios. Opowiadając Ojcu Nikołajowi Wajtowiczowi o tym, co było ze mną, wspomniałam o ubraniu, w którym go wtedy widziałam. Był bardzo poruszony tym, co usłyszał i nieco zakłopotany, że tego ubrania dotąd nigdy nie ubierał.

 

Wróg rodzaju ludzkiego zaczął knuć różne intrygi, ja wiele razy prosiłam Pana Boga, aby pokazał mi złą siłę. Do jakiego stopnia nierozumny jest człowiek! Czasami sami nie wiemy, o co prosimy i co jest nam potrzebne. Pewnego razu obok naszego domu z muzyką niesiono zmarłego. Byłam ciekawa, kogo chowają. Otworzyłam wrota i – o zgrozo! Trudno przedstawić stan, który zawładnął mną w tej chwili. Przede mną stanęło nie do opisania widowisko. To było tak przerażające, że brak słów, aby wyrazić stan, w którym się znalazłam. Zobaczyłam mnóstwo złych duchów. Siedzieli oni na trumnie i na zmarłym i wszystko wokół było wypełnione nimi. Latali w powietrzu i cieszyli, że zawładnęli jeszcze jedna duszę. „Boże, zmiłuj się!” – mimowolnie wyrwało z mych ust, przeżegnałam się i zamknęłam furtkę. Zaczęłam prosić Boga o pomoc dla mnie i abym w przyszłości mogła znieść intrygi złego  ducha, aby umocnił On moje słabe siły i słabą wiarę.

 

W drugiej połowie naszego domu mieszkała rodzina, która była związana ze złą siłą. Sąsiedzi ci starali się znaleźć różne sposoby, aby mnie zepsuć (chodzi o sprowadzenie choroby przez rzucenie uroku, zrujnowanie zdrowia – od A.L.), ale Bóg do pory i do czasu nie dopuszczał do tego. W tym czasie mieliśmy psa i kota, na których nieustannie napadał zły duch. Wystarczyło, aby zjadły one coś podrzuconego przez tych czarowników, a biedne zwierzęta zaczęły się skręcać i wyginać. Szybko  wynosiliśmy im wodę świętą i zła siła zostawiała je.

 

Pewnego razu, z dopustu Bożego, udało im się mnie zepsuć (rzucić uroktj. sprowadzić chorobę – od A.L.). W tym czasie syn mój był w internacie. Straciłam czucie w nogach. Kilka dni przeleżałam bez jedzenia i wody (wtedy jeszcze nikt nie wiedział o tym, co się ze mną stało). Pozostało mi tylko jedno – ufać w Łaskę Bożą. Niewypowiedziana jest Jego Łaska do nas, grzesznych. Pewnego razu rankiem przyszła do mnie starsza kobieta (utajniona zakonnica) i zaczęła się mną opiekować: sprzątała, gotowała. Rękami mogłam się posługiwać i abym potrafiła przy ich pomocy siadać, do szczytu łóżka, w nogach, przywiązaliśmy linę. Ale wróg rodzaju ludzkiego starał się zgubić dusze różnymi sposobami. Czułam, jak w mej świadomości odbywa się walka dwóch sił: zła i dobra. Jedne mi sugerowały: „Teraz jesteś nikomu niepotrzebna, taką, jak dawniej już nigdy nie będziesz, dlatego lepiej abyś nie żyła na tym świecie”. Ale świadomość moją oświetlała inna, jasna myśl: „Przecież na świecie żyją kaleki, potwory, dlaczegoż nie powinnam żyć”? Znów przystępowały złe siły: „Wszyscy nazywają cię głupią, uduś się”. A inna myśl jej odpowiadała: „Lepiej głupią, ale żyć, aniżeli mądrą gnić.” Czułam, że druga myśl, jasna, jest mi bliższa i droższa. Po uświadomieniu tego, czułam się spokojniejsza i radośniejsza. Ale wróg nie zostawiał mnie w spokoju. Pewnego razu obudziłam się, ponieważ coś mi przeszkadzało. Okazało się, że lina była przywiązana od nóg do szczytu łóżka, a moją szyję owijała pętla…

 

Często prosiłam Matkę Bożą i wszystkie Niebieskie Siły o uzdrowienie mnie z mojej choroby. Pewnego razu, zakonnica, która się mną opiekowała, po wykonaniu prac domowych i przyrządzeniu jedzenia, zamknęła wszystkie drzwi na zasuwy, położyła się na tapczanie i zasnęła. Ja w tym czasie się modliłam. Naraz patrzę, do pokoju weszła wysokiego wzrostu Kobieta. Za pomocą liny podciągnęłam  się i usiadłam, starając się Ją obejrzeć. Kobieta podeszła do łóżka i zapytała: „Co cię boli?”. Odpowiedziałam: „Nogi”. I w tej chwili zaczęła się Ona oddalać, a ja, starając się lepiej Ją obejrzeć, nie zauważając tego, co robię, zaczęłam stopniowo opuszczać nogi na podłogę. Dwukrotnie jeszcze zadała mi Ona to pytanie i tyle samo razy Jej odpowiedziałam, że bolą mnie nogi. Naraz Kobieta znikła. Nie zdając sobie sprawy, że stoję na nogach, poszłam do kuchni i zaczęłam się rozglądać, nie mając pojęcia, gdzie się podziała ta Kobieta i pomyślałam, że Ona coś wzięła. W tym czasie obudziła się zakonnica, opowiedziałam jej o Kobiecie i swoich podejrzeniach, a ona ze zdziwieniem powiedziała: „Kława! Przecież ty chodzisz!”. Dopiero wtedy zrozumiałam, co zaszło i łzy wdzięczności za dokonany przez Matkę Bożą cud pokryły moją twarz. Niezwykłe są dzieła Twoje, Panie!

 

Niedaleko naszego miasta Barnaułu znajduje się źródło, zwane Piekańskie („źródełko”). Wiele ludzi otrzymało tam uzdrowienie z różnych chorób. Ze wszystkich stron zjeżdżali się tam ludzie, aby popić świętej wody, posmarować się cudownym błotem, ale przede wszystkim, aby się uzdrowić. Niezwykle zimna i paląca ciało jest woda w tym źródle. Z Łaski Bożej wiele razy byłam w tym świętym miejscu. Za każdym razem docieraliśmy tam samochodami, jadącymi w tym kierunku (autostopem) i za każdym razem otrzymywałam ulgę. Pewnego razu poprosiłam kierowcę, aby ustąpił mi miejsce i sama poprowadziłam samochód. Przyjechaliśmy do źródła, zaczęliśmy się kąpać. Woda – lodowata, ale nie było przypadku, aby ktoś zachorował lub chociaż dostał kataru. Wykąpawszy się, wyszłam z wody i zaczęłam modlić się do Boga, Matki Bożej, św. Nikołaja i naraz widzę, jak na wodzie pojawił się obraz Matki Bożej, widzianej przeze mnie w czasie mojej śmierci. Z uwielbieniem i radością patrzyłam na Nią. Trwało to kilka minut. Stopniowo obraz Matki Bożej zaczął zanikać i wkrótce już nic nie można było rozróżnić. Cud ten widziałam nie tylko ja, ale wielu obecnych tam ludzi. Z dziękczynną modlitwą zwróciliśmy się do Pana Boga i Matki Bożej, Którzy objawili nam grzesznym Swoją Łaskę.

 

Od tłumacza: Opis podobnego cudu, związanego z tym źródełkiem, zamieszcza w swoim opowiadaniu kapłan prawosławny ojciec Walentyn Biriukow (str. 26 opracowania).

 

Źródła:

Барнаульское чудо – Протоиерей Андрей Устюжанин

Cud Barnaulski – Protojerej Andriej Ustiużanin

http://nikola-innokenti.prihod.ru/biblioteka/view/id/1119935

РУССКАЯ ПРАВОСЛАВНАЯ ЦЕРКОВЬ. Иркутская Епархия. Правящий архиерей: митрополит Иркутский и Ангарский Вадим.

ROSYJSKA CERKIEW PRAWOSŁAWNA. Diecezja Irkucka. Biskup panujący: Metropolita Irkucki i Angarski Wadim

Николо-Иннокентиевский Храм города Иркутска по благословению настоятеля протоиерея Игоря Толстикова

Świątynia Nikoło-Innokientijewska miasta Irkucka z błogosławieństwem przeora protojereja Igora Tołstikowa

По благословению Святейшего Патриарха Московского и всея Руси Алексия II

Z błogosławieństwem Najświętszego Patriarchy Moskiewskiego i WszechRusi Aleksija II

 

 

  1. Cud wskrzeszenia Kławdii Ustiużaniny z Barnaułu w 1964 roku.

 

Wg opowiadania protojereja Walentina Biriukowa:

 

„Nie miałam wiary, ale Pan się nade mną ulitował”

 

 

PRZEPOWIEDNIA

 

Wtedy, w 1948 roku, gdy klęczałem na kolanach przed Bogiem obok dziwnego posłańca, z bojaźnią i drżeniem uwierzyłem mu. Przyjąłem jego słowa za prawdziwe. I z pełnym zaufaniem przyjąłem jeszcze jedną przepowiednię tego człowieka:

– Przyjdzie czas – w Barnaule Pan wskrzesi kobietę, imię jej Kławdija, będziesz u niej 5 razy, a później będziesz opowiadać ludziom, co się stało. Wpierw będziesz śpiewał w chórze, a później będziesz chwalił Boga.

 

Wszystko to zostało powiedziane w 1948 roku – czyli na 16 lat przed znanym przez wielu Barnaulskim Cudem! Przed Bogiem i Imieniem Pańskim zaświadczam, że mówię prawdę! Za słowa te odpowiem przed Bogiem na Strasznym Sądzie!

Okazało się, że jest świadek, który słyszał opowiadanie Kławdii Nikiticzny praktycznie od razu po cudzie, który jej się zdarzył. Jest to protojerej Walentin BIRIUKOW. Był on jednym z pierwszych, któremu Kławdija NIkiticzna opowiedziała o swym życiu dosłownie „po gorących sladach” – po upływie pół roku po cudownym wskrzeszeniu i uzdrowieniu. Wtedy, w grudniu 1964 roku, 42-letni Walentin Jakowlewicz Biriukow jeszcze nie był kapłanem. Śpiewał on w chórze cerkwi św. Piotra i Pawła w Tomsku i przygotowywał się do święceń diakonatu. Dzisiaj protojerej służy w cerkwi pw. Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny w Berdsku diecezji nowosybirskiej. Dwóch jego synów zostało kapłanami: ojciec Władimir Biriukow służy w województwie nowosybirskim, a przeor Piotr Biriukow – w Żyrowickim Uspieńskim klasztorze na Białorusi.

W wielkanocne dni 1999 roku ojciec Walentin, wracając od syna z Żyrowic – przeora Piotra, przyjechał do Aleksandrowa, do Uspieńskiego klasztoru, do ojca Andrieja Ustiużanina, którego pamiętał jeszcze jako 8-letniego Andriuszę. Wielu parafian i uczniów niedzielnej szkoły zebrało się, aby posłuchać opowiadania ojca Walentina o jego spotkaniach (wszystkich było ich pięć) z Kławdiją Ustiużaniną. Okazuje się, że ojciec Walentin wiedział o tym, co się wydarzy z kobietą o imieniu Kławdija… na 16 lat przed Cudem Barnaulskim! Właśnie to opowiadanie – jasne, obrazowe, podane soczystym ludowym językiem, pełne niespodziewanych szczegółów – stało się decydującym elementem do podjęcia decyzji o wyjeździe do Barnaułu (mowa o autorce książki A. Dobrosockich). W czasie naszego drugiego spotkania ojciec Walentin uzupełnił to opowiadanie i uściślił.

 

Zresztą, osądźcie Państwo sami.

 

PRZEPOWIEDNIA (uzupełniona po drugim spotkaniu z A. Dobrosockich, autorką książki)

 

Podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej (tak nazywano w Rosji II Wojnę Światową – od A.L.) uczyłem się w szkole wojskowej w Omsku. Potem trafiłem na front. Widziałem dużo strasznego – widziałem jak podczas bombardowania domy latały w powietrzu jak puchowe poduszki. A my młodzi – my wszyscy chcieliśmy żyć. I oto my, sześcioro przyjaciół z obsługi dział artyleryjskich (wszyscy ochrzczeni, u wszystkich krzyżyki na piersi), zdecydowaliśmy: „Chłopaki, będziemy żyć z Bogiem”. Umówiliśmy się, że podczas całej wojny nie wymówimy ani jednego bluźnierczego słowa, nie będziemy okazywać żadnej złości, i nie będziemy robić jeden drugiemu żadnej krzywdy.

Warunki na froncie, wiadomo, były ciężkie: bez światła, bez wody, bez paliwa, bez żywności, bez soli, bez mydła. I prawdą jest też, że było wiele wszy i ropy, i brudu, i głodu. Natomiast na wojnie najbardziej gorącą modlitwą – ona leci prosto do nieba, jest: „Panie, ratuj!” I Pan ratował w najbardziej strasznych sytuacjach. Dwukrotnie objawiono mi, tak jak by zabrzmiało to w moich piersiach: „zaraz tu przyleci pocisk, zabierz żołnierzy, uciekaj”. I jak tylko odciągniemy działo na bok – to w tym miejscu, gdzie przed chwila byliśmy, już jest lej po wybuchu… Potem żołnierze przychodzili do mnie i ze łzami dziękowali. Ale mi dziękować nie trzeba – tylko chwalić Pana za te dobre dzieła. Przecież gdyby nie te „podpowiedzi” – to zarówno ja jak i moi przyjaciele już dawno bylibyśmy w ziemi.

Kiedy wróciłem z frontu, zacząłem pracować jako sprzedawca we wiosce Griszino w wojewódstwie tomskim. A ja tak chciałem wstąpić do seminarium lub pójść do klasztoru. Ale nie puszczali z pracy. Szedł rok 1948, kiedy wydarzył się incydent, którego ja do tej pory nie mogę wspominać bez emocji. Była 7 – ma godzina wieczorem, dzień pracy już się skończył. Nagle wchodzi do mego sklepu człowiek. Nie znałem go, i nadal nie wiem, kto to był – z wyglądu zwyczajny, 55 lat, twarz bardzo dobra. Natychmiast poczułem do niego sympatię, przecież twarz – to zwierciadło duszy. Nieznajomy zamknął drzwi na haczyk, i mówi do mnie:

– Uklęknij, Walentinie – twarzą na wschód, przeżegnaj się trzy razy. Słuchaj – opowiem ci twoje przeszłe i przyszłe życie.

Mówił powoli i wyraźnie – jakby chciał, abym każde jego słowo zrozumiał i zapamiętał. Opowiedział mi, gdzie, jak i to, co się ze mną wydarzyło, opisał wszystkie te miejsca, gdzie przebywałem. Spojrzałem na niego z niedowierzaniem i myślę: „On nie może tego wszystkiego wiedzieć! Skąd mu wiadomo, że byłem w blokadzie?” A kiedy powiedział, że w lędźwiach mam odłamek pocisku, to nawet zapłakałem z przerażenia – przecież tutaj, w Syberii, nikt nie wiedział o tym odłamku, nikt! I wtedy ten człowiek pyta mnie:

– Czy pamiętasz, jak umówiliście się w szóstkę, żeby żadnego wulgarnego słowa nigdy nie powiedzieć i jeden drugiemu żadnej krzywdy nie wyrządzić?

– A jak że … Pamiętam! – tyle powiedziałem (bo któż, oprócz moich przyjaciół – żołnierzy, mógł o tym wiedzieć? ) .

– Modliliście się, prosząc Boga, aby zostawił was przy życiu. I oto jesteś żywy. I twoi przyjaciele są wszyscy żywi. A widziałeś, jak trupy wokół was leżeli? Więc gdybyście wulgarne, bluźniercze słowa wypowiadali – dokładnie tak samo leżałyby i wasze kości… Oto, co znaczą wulgarne, bluźniercze słowa i oto, co znaczy modlitwa …

Wiele ten człowiek opowiedział mi również o przyszłości – czyli o naszym teraźniejszym czasie. Przepowiedział, że ludzie będą dostawać po milionie, dwóch, a nawet więcej.

– I ty też będziesz milionerem! – powiedział. Byłem zdumiony: – A gdzie podziać te miliony?

Przecież wtedy, w 1948 roku, otrzymywałem 46 rubli. A on mówi: – Nie martw się – te  pieniądze będą puste. –  Jak to rozumieć – puste? Wtedy tego nie rozumiałem. Ale on mi długo nie wyjaśniał: – Wtedy zrozumiesz!

I oto teraz, w 1999 roku, stało się jasne, jakimi „milionerami” zostaliśmy. Same zera!

I wszystko, co on mi przepowiedział – wszystko się spełniło. Powiedział nawet o sosnach przy cerkwi, gdzie będę służył. Z tych drzew teraz jest wykonany anałoj (rodzaj pulpitu, na którym kładzie się księgi liturgiczne i obrazy święte – od A.L.) … Wszystko to może wiedzieć tylko człowiek Boży. Nie wiem – czy był to Anioł Niebiański, który przyjął ludzką postać – nie będę twierdził! Ale czuję, że on mówił prawdę. Taka czystość była u niego w oczach! Od niego jakby niezwykłe dobro emanowało – tak dobrze mi było.

I z pełnym zaufaniem przyjąłem słowa tego człowieka: – W Barnaule, Pan wskrzesi kobietę, na imię jej Kławdija, będziesz u niej 5 razy, potem będziesz opowiadać ludziom, co się stało. Wpierw będziesz śpiewał w chórze, a później będziesz chwalił Boga..

Wszystko to zostało powiedziane w 1948 roku – czyli na 16 lat przed znanym przez wielu Barnaulskim Cudem! Przed Bogiem i Imieniem Pańskim zaświadczam, że mówię prawdę! Za słowa te odpowiem przed Bogiem na Strasznym Sądzie!

 

„PAN TAK WIERZY?”

Nie miałem żadnej wątpliwości, że to wszystko właśnie tak się stanie. I kiedy usłyszałem, że w 1964 roku w Barnaule, Pan wskrzesił kobietę, Kławdiję Ustiużaninę, zwolniłem się z pracy i natychmiast tam pojechałem. Wtedy, w grudniu 1964 r., jeszcze nie byłem wyświęcony na kapłana, śpiewałem w chórze w świątyni Piotra i Pawła w Tomsku .

Przyjechałem na adres, który mi dano, znalazłem dom Kławdii Ustiużaniny, nikogo tam nie zastałem. Furtka zamknięta. Czekam. Robi się ciemno. Idzie wysoka, dostojna kobieta z synem – Andriusza był wtedy mały, około ośmiu lat. Podchodzę:

– Witajcie, Kławdio Nikiticzna! Ja do pani! Ani trochę się nie zdziwiła:

– Proszę wejść.

– Kławdio Nikiticzna! – mówię. – Mam w Barnaule znajomych, ale nie wiem, gdzie mieszkają. Jestem z innego miasta. Czy mogę u pani przenocować?

– Ale ojciec Nikołaj mówił mi, abym nikogo nie wpuszczała, ponieważ mogą zabrać moje dokumenty. Jak wtedy będę mogła potwierdzić, że byłam w szpitalu, że nic nie wymyśliłam?

Przeżegnałem się na ikony i wyjąłem paszport.

– Nie bójcie się, oto mój paszport!

W tym czasie Andriusza podszedł i objął mnie, jak gdyby długo mnie nie widział i się stęsknił, główkę do mojej piersi przytulił – jak gdyby był moim synkiem.

Kławdija Nikiticzna powiesiła płaszcz i odwraca się:

– Nie trzeba, nie trzeba paszportu! Po Andriuszy widzę, że można Panu zaufać. Proszę wejść i się rozebrać.

Natychmiast zadałem pytanie o cudzie jej zmartwychwstania:

– Kławdijo Nikiticzna, jak jest w tamtym świecie, bolało Panią czy nie bolało?

Bardzo się zdziwiła:

– A czy Pan już odwiedzał mnie?

– Nie – mówię – ani razu!

Łzy zaczęły jej płynąć. Siedzi i nie może wymówić ani słowa. Wreszcie pyta:

– Czy naprawdę Pan tak wierzy?

– Tak,- odpowiedziałem.

– Jakże wierzący ludzie bywają! Pan oto po raz pierwszy posłyszał – i od razu uwierzył. A ja nigdy bym nie uwierzyła. Nawet gdyby żyła moja droga mamusia, którą bardzo kochałam i której wierzyłam bezgranicznie – to i jej bym nie uwierzyła, gdyby Bóg uczynił taki cud z moją mamą. A o obcym człowieku, to i mówić nie ma sensu – nawet słuchać bym nie chciała.

 

Sama Kławdia długo była niewierzącą, chociaż z natury to bardzo dobry człowiek. Ale to, że nie miała ona wiary – to jej wielkie nieszczęście. I nie można jej za to osądzać – to tylko Bóg wie, dlaczego straciliśmy wiarę. Na to składa się wiele przyczyn z zewnątrz, zrobiono wiele, aby zepsuć naszą Rosje… I teraz takich niewierzących jest bez liku!. Ale nad jedną z nich jednak Pan się ulitował – aby nam wszystkim dać umocnienie wiary. To nie jest żart, to nie jest bajka, to nie jest dziecięca zabawa. To jest poważne! To jest Łaska Boża .

I żeby to zrozumieć, nie potrzeba mi żadnych dokumentów i świadków! Przecież ja sam na sobie przekonałem się, co to jest Łaska Boża: dwukrotnie Pan mnie ostrzegł – „zabierz żołnierzy, zaraz   tutaj pocisk spadnie” A przepowiednia o wskrzeszeniu Kławdii w Barnaule, dana mi w 1948 roku?  Oto dlatego, kiedy usłyszałem opowiadanie Kławdii, natychmiast i bezwarunkowo jej uwierzyłem. Nie szukałem świadków – czy to prawda, czy nie prawda. Dla mnie innych świadków nie trzeba było – na 16 lat wcześniej wiedziałem, że taki cud się stanie.

Jestem jednym z pierwszych, którzy usłyszeli opowiadanie Kławdii Nikiticzny o jej życiu,  dosłownie „po gorących śladach” –  w sześć miesięcy po cudownym zmartwychwstaniu i uzdrowieniu.

 

„WYŚMIEWASZ SIĘ Z BOGA!…”

Załączam opowiadanie Kławdii Nikiticzny Ustiużaniny tak, jak ona mi go opowiedziała.

 

„Obok mojego sklepu, gdzie pracowałam jako sprzedawczyni, była świątynia. Kiedyś poszłam   popatrzeć: co tam się odbywa. Stanęłam w kąciku, obserwuję: jeden, drugi, piąty, dziesiąty – żegnają się, całują ikony i nawet ziemne ukłony robią przed ikonami. Podeszłam do ikony, postukałam po desce, spojrzałam: jakiś dziadek z brodą jest namalowany. A na innej ikonie jakaś kobieta -matka z   dziecięciem. Myślę: „No i co z tego, ja również Andriuszę maleńkiego na rękach trzymałam … Oto, okazuje się, jakie oni mają pojęcie, oto im i Bóg…”

Przyszłam do sklepu, z lekkim uśmieszkiem opowiedziałam o swoich wrażeniach. A jedna z  pracownic sklepu zrobiła mi wymówkę: „Kławdijo, zamknij się. Naśmiewasz się z Boga!”  – Och,  przestań! – odpowiedziałam jej.

Potem poszłyśmy z inną sprzedawczynią, aby zobaczyć i przekonać się. I również osądziłyśmy  wszystkich – „że oni są trochę … nie tego, jakby byli jacyś chorzy”.

Ale Pan, oczywiście, ulitował się nad Kławdiją Nikiticzną, nie zostawił jej w takim zaciemnieniu – ona ciężko zachorowała. Na raka. Jak o tym już wiele napisano, choroba została  zesłana dla zbawienia duszy. Operował ją Izrael Isajewicz Neumark, znakomity utalentowany chirurg, profesor, dobrze znający to, co robi. I na stole operacyjnym, jej dusza wyszła z ciała. Oto jak ona to opisywała:

„Nawet strasznie mówić. Mój trup leży na stole- rozcięty jak tusza wieprzowa. A ja widzę,   słyszę, przemieszczam się tam, gdzie chcę … „

A to dusza jej wszystko widziała, wszystko słyszała dusza – dusza wszystko odczuwała! A ciało – jak ubranie duszy. To tak, jak zrzucić płaszcz – a samemu iść tam, gdzie się chce. I Kławdija pomyślała, że pójdzie do domu – gdzież ma się podziać? … Ale tak się nie stało. Słyszała, kto i co mówił, widziała, jak przyjechał jej dyrektor, jak przychodził i płakał syn Andriusza, ale nie mogła nic zrobić. Kiedy jej martwe ciało zostało wywiezione z sali operacyjnej, poczuła coś niezwykłego – o  czym wcześniej nigdy nawet nie słyszała:

„Moja dusza, jak jaskółka, z szybkością błyskawicy uniosła się do góry. Leciała jakby w szklanym futerale. Nie było żadnego oporu wiatru! I nagle widzę – nie ma ziemi! Tylko z daleka świeci jak gwiazdka…”

Kławdija Nikiticzna opowiedziała, że kiedy leżała w nieznanym jej miejscu – głową na zachód, nogami na wschód – to pod nią był brązowy dywanik, jakby puchowy.

„Po mojej lewej stronie była aleja o szerokości 6 metrów – długa i prosta jak struna – nie widać jej końca. Ogrodzona żywopłotem z liści laurowych – tak gęstych, że nawet kurka głowy by nie wsunęła.”

A na stronie wschodniej zobaczyła ona lśniące wrota o wysokości około dziewięcio,- lub dziesięciopiętrowego domu – żaden człowiek w świecie nie mógłby stworzyć takiego piękna! Nawet wyobrazić by nie potrafił. Wrota błyszczące jak słońce, różnokolorowe, kolory przemieszczają się, grają, świecące iskry latają …

„Wspaniale, ciepło. A gdzie ja jestem, nie wiem. I chciałam się dowiedzieć – ale nie ma ani  jednego człowieka. Pachnące powietrze … Zapomniałam, że żyłam na ziemi, zapomniałem, że umierałam, nawet o Andriuszy zapomniałam. I nagle przez tę owalne wrota idzie matka i córka (jak ich wtedy postrzegłam) w szacie zakonnej koloru brązowego. Szli szybko. Córka płacze, o coś prosi matkę. Matka nie zwraca uwagi, idzie prosto do mnie.”

 

ANIOŁ PŁAKAŁ NAD NIĄ

Wtedy Kławdija Nikiticzna myślała, że z „zakonnicą” jest córka, a to był Anioł Stróż, dany od Boga służebnicy Bożej Kławdii. To on płakał nad nią.

„Myślę: zapytam zaraz, w jakim kraju się znajduję. A matka jest tak piękna, że wśród ludzi na świecie nigdy takiej piękności nie widziałam. Niemożliwie było patrzeć na to piękno. A ona srogo  patrzy na mnie – czuję, że jest ze mnie nie zadowolona. Myślę dalej, jakże ta młodziutka zakonnica została mamą? I nagle czuję: Ona wie o mnie wszystko- „od a” – „do z”. Poczułam się zawstydzona – nie wiem, gdzie się odwrócić, albo odejść. Ale nic nie wychodzi – jak leżałam tak i nadal leżę. Nie wstaniesz, nie odwrócisz się.

I oto ta młoda kobieta cicho podnosi głowę i mówi (w głosie tym odczuwało się tylko miłość):  „Panie, dokąd ją?”  A mnie jakby prąd poraził – od razu zrozumiałam, że jestem w Niebie, a przede  mną stoi Królowa Nieba … „

Stopniowo zaczęła zdawać sobie sprawę, co się dzieje, przypominała wszystko, o czym mówił jej ojciec. Andriusza w tym czasie był jeszcze maleńki – nie zapamiętał wszystkiego, o czym matka opowiadała ze łzami. Ja natomiast wierzę szczególnie temu opowiadaniu, niemal natychmiast po   cudownym zmartwychwstaniu … Kławdija słyszała, jak Pan odpowiedział Matce Bożej.

„Głos słyszę skądś z góry: „Trzeba ją spuścić z powrotem, umarła za wcześnie”. Tak się ucieszyłam, chociaż trzęsłam się cała!… A Królowa Nieba weszła w te błyszczące wrota – otworzyły   się przed nią z szybkością błyskawicy. I przez otwarte wrota było widać silne, przezroczyste niebieskie    światło. Potem drzwi Nieba ponownie się zamknęły … A ja leżę jak pusta skorupa, i nie mam pojęcia,  co się ze mną stanie. I wtedy czuję, jak ktoś, a był to Anioł Pański, wkłada mi myśl – o co mam    zapytać. I pytam:

– „Boże, jakże ja będę żyła na ziemi, moje całe ciało jest pocięte?”

I Pan odpowiada (ale słyszę tylko głos – i w głosie tym absolutna Miłość!):

– „Będziesz lepiej żyć… Wy, niewdzięczni, nie czcicie swego Stwórcy, ale tylko znieważacie Go. Nie żałujecie za grzechy swoje, a coraz więcej grzeszycie. Twój syn poszedł do domu dziecka, a twoja  brudna dusza przybyła do Mnie”

Leżę. Znów milczę. A mój Anioł, jakby podpowiada mi, o co mam zapytać. I wtedy mówię:  –  „Panie, mój syn został sierotą”. A Pan zamiast odpowiedzi pyta:

– „Wiem. Czy żal ci twego syna?”. Ledwo byłam w stanie wykrztusić:

– „Bardzo!”. I tak zapłakałam, że oczodoły wypełniły się łzami.

– „A mi po trzykroć bardziej żal każdego człowieka”.

Tak, wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi i Pan nad nami wszystkimi niezmiernie się lituje –    wiele razy się o tym przekonywałem… Przekonała się później i Kławdija.

A w tamtym momencie leżała, bezradna, nie wiedząc, co z nią dalej będzie. Nawet myśleć rozsądnie nie mogła. Przecież jej dusza nie miała duchowego pojęcia, duchowego wychowania. Odczuwała tylko strach i wstyd.

 

„DLA ŻYCIA POZOSTAŁ MIZERNY CZAS…”

Anioł wkłada do jej rozumu trzecie pytanie i Kławdija pyta:

– Panie, u nas na ziemi mówią, że tutaj, w Niebie, jest Królestwo Niebieskie.

Na to pytanie Pan jej nie odpowiedział.

” Wiem, że słyszy, ale dlaczego nie odpowiada – nie wiem. Odwracam głowę w tę i drugą stronę   – ale nie doczekałam się. Patrzę:  wrota ponownie się otworzyły. Królowa Nieba wyszła w brązowej szacie, szybko podeszła do mnie – w ręku warkocz”.

A Pan mówi do Królowej Nieba: – „Podnieś ją i pokazać jej „raj „.

„Królowa Nieba wykonała ledwo zauważalny ruch palcami – i mnie jakby prądem podrzuciło: natychmiast wstałam – twarzą na wschód. Potem Ona wyciągnęła rękę w stronę północy – tam niby zasłona otworzyła się błyskawicznie, a mnie odwrócono twarzą w tę stronę. Widzę przed sobą ogromne pole – ciągnie się od prawej do lewej i w dal, końca nie widać. Na początku pomyślałam: pole spalonych kopców. Gdy przyjrzałam się uważnie – widzę: wszystkie one się ruszają. Wystraszyłam się: jakże to – kopce się ruszają? A to byli żywi ludzie, ale spaleni, zwęgleni ludzie, chociaż i nos i uszy i     palce – wszystkie z nich były całe. To dusze ich  były –  czarne jak węgiel! Nie można ich rozpoznać –  kto tam: on lub ona. Nie rozróżnisz. Ruszają się. Rozmawiają – jakby szum przyboju morskiego.  Proszą mnie, nazywając po imieniu, abym przekazała na ziemię: jeżeli ktoś walczył przeciwko Bogu – to byłoby lepiej, aby ten człowiek się nie narodził. Ze skruchą wyrzucają przede mną swoje grzechy (  „jestem rozpustnikiem”, „jestem złodziejem, bandytą”, „jestem mordercą … „). Zrozumiałam, że są to ludzie, którzy żyli bez wiary, którzy umarli bez skruchy.”

Kławdii nie powiedziano, kim są ci ludzie, kiedy i dlaczego oni tam trafili. Ale Pan dał jej takie rozumienie słów, które wylewały się z tego morza ludzi, że ona wiedziała, o co każdy z nich prosi. Ale w ogóle prośba była jedna: módlcie się, pamiętajcie o nas, żałujcie! A tam, w Niebie, skrucha nie jest przyjmowana, – tylko tu, na ziemi. Wszyscy ci ludzie nie wejdą do Królestwa Niebieskiego przez bluźnierstwo. Przecież każdy grzech – to bluźnierstwo.

Kławdija czuła od nich nieznośny smród i nigdzie nie mogła uciec od tego smrodu: twarzy nie  odwrócisz, nie poruszysz się – nogi jakby przyspawane elektrycznie … I ci ludzie stali tak samo, nie mając możliwości poruszenia się, – szczelnie, jak w zatłoczonym autobusie.

Tutaj przeszyły ją Słowa Pana, wypowiedziane przed tym, nim zobaczyła to pole ludzkiego nieszczęścia – że mieszkańcy ziemi nie czczą swego Stwórcy, a tylko grzeszą. „Trzeba się nawracać i nie grzeszyć, ponieważ dla życia pozostał mizerny czas” – te Słowa Pana ona słyszała wciąż całą duszą. Nagle uświadomiła sobie, że to dla nas zostało powiedziane, dla nas wszystkich! Przecież Pan zostawił na ziemi dla całego świata jedno Prawo, a nie dwa! Jedno dla wszystkich. Dlatego musimy się modlić za tych ludzi. Oni przekazali ostrzeżenie Boże Kławdii, a ona przekazuje je nam – mieszkańcom ziemi. To jest wielkie, żywe nauczanie Boże. Przez to nauczanie Łaska dotyczy całej naszej planety…

Nie wszystko to od razu zrozumiała Kławdija Nikiticzna, ale przeżyła taki wstrząs, że łzy popłynęły potokiem i z głębi duszy zawołała:

– „Panie! Królowo Nieba! Niech będę żywą na ziemi! Będę się modliła, będę wszystkim opowiadać, co widziałam i słyszałam w Niebie”.

 

Królowa Niebios ponownie wykonała ruch ręką – i wizja została zamknięta, powietrze się oczyściło ze smrodu. Kiedy Kławdija opowiadała mi o tym, przypomniałem sobie jej słowa: „Gdyby  Bóg zrobił to z moją mamusią – nigdy bym nie uwierzyła. „ Rzeczywiście – jak może uwierzyć ktoś, kto sam podobnego nie przeżył?

Kiedy Królowa Nieba machnęła ręką w dół – miasto Barnauł stało się widoczne jak przez lupę. Wszystko było widać w najmniejszych szczegółach – nawet małe słomki. Kławdija zobaczyła swój sklep i mówi: – „Oto sklep, w którym pracowałam”.

A Matka Boża odpowiada krótko: – „Wiem!”

Kławdija prawie zapłakała ze wstydu, myśląc: „Do kogo ja to mówię?! Przecież Ona wszystko wie!”. A Królowa Niebios pokazuje:

– „Popatrz na świątynię!”

I w tej chwili Kławdija zobaczyła w dole błękitną kopułę i krzyż.

– „Popatrz, jak tam się modlą!”

I znów –  kopuła znikła, jakby przekształciła w kryształ lub w szkło. Kławdija spojrzała na wszystkich, kto znajdował się w świątyni – nie zobaczyła żadnego swego znajomego… Tylko kapłana, batiuszkę Nikołaja Wajtowicza, którego znała. A kiedy zobaczyła, jak staruszka ze staruszkiem żegnają się, całują ikony, oddają pokłony, – przypomniała, jak dwukrotnie przychodziła do Pokrowskiej cerkwi, kiedy była żywa i zdrowa, i wszystkich osądziła, wyśmiała, nazywając głupcami. A teraz, gdy zobaczyła tych ludzi z góry, to zakrzyczała ze łzami w oczach:

– „Panie, co za mądrzy ludzie – wierzą, że Bóg jest i czczą Jego wizerunek!”

Cała się trzęsła, bardzo płakała. Królowa Nieba pozwoliła jej wypłakać się do woli. Potem   znów wykonała ruch palcami – i to wszystko znikło …

W tym czasie, od błyszczących wrót popłynęły do nich dwanaście płyt – przezroczyste, jakby   ze szkła, przypominające wagoniki, połączonymi złotymi łańcuszkami. Królowa Niebios mówi do Kławdii:

Stawaj na nie, wpierw postaw prawą nogę na płycie, a następnie lewą. I tak na każdą. A kiedy tak doszła do dwunastej płyty, to widzi – że tam jest tylko sama ramka złota, a dna nie ma.

– „Spadnę!”- mówi Kławdija.

„Nie bój się” – pociesza Królowa Niebios i daje jej warkocz – jakby z jej włosów. Kławdija wzięła warkocz prawą ręką, Matka Boża uniosła ją (dusza nic nie waży – leciutka, jak maleńka drewniana łyżeczka), wstrząsnęła – i poleciała Kławdija z szybkością błyskawicy, zupełnie nie czując oporu wiatru, prosto w dół. Zobaczyła leżącego mężczyznę bez nóg – nogi odcięte przez pociąg i zdążyła zobaczyć swoje ciało. A potem już nic nie pamiętała.

 

„MUSZĘ OPOWIEDZIEĆ, CO WIDZIAŁAM I CO SŁYSZAŁAM”

Przy łóżku Kławdii ustalono dyżury: lekarze i siostry zmieniali się co kilka godzin. Nikt nie wiedział, czy będzie ona żyć dalej i co się z nią stanie.

Kiedy obudziła się na sali, nie czuła bólu i nie mogła zrozumieć, gdzie się znajduje. Zobaczyła okno, żarówkę, człowieka w białym, przypomniała, że to lekarz – pamięć wracała do niej stopniowo. Przypomniała, że żyła na ziemi, że miała ciężką operację, przypomniała wszystko, co się z nią działo  w Niebie, po jej śmierci … I nagle trzy jej palce połączyły się same ze sobą – tak jak żegnają się prawosławni, trzema palcami (ros. – троеперстие – A.L.), a przecież do tej chwili ona w zasadzie nie umiała się przeżegnać, zapomniała, jak to się robi!… Otworzyła oczy – a na nią patrzy dyżurna pielęgniarka.

– Chwała Tobie, Panie, chwała Tobie, Panie, chwała Tobie, Panie! – nagle wykrzyknęła  Kławdija, chociaż dotąd nie znała ona żadnych modlitw.

Pielęgniarka rzuciła się do drzwi i zawołała, nie spuszczając oczu z pacjentki:

– Szybko, tutaj!

Przybiegła jeszcze jedna kobieta w białym fartuchu. Kławdija mówi im:

 – Zbierzcie ludzi, muszę wam opowiedzieć, co widziałam i słyszałam w Niebie …

 „Kiedy się ocknęłam, ponaglałam je, nie wiedząc, ile jeszcze będę żyła, jak czas dał mi Pan, – godzinę, dwie, czy więcej. Nie odczuwałam żadnego bólu – tak jakbym była zupełnie zdrowa”.

Ale, oczywiście, była jeszcze bardzo słaba, długo nie mogła jeść i pić. Kiedy została wypisana  do domu, to każdego dnia nadal robili jej zastrzyki. Wiele osób opiekowało się nią, z miłości do Chrystusa.

Potrzebowała ona również duchowego wsparcia. Przecież wypis – zaświadczenie, wystawiony przez szpital kolejowy stacji Barnauł dnia 10 marca 1964 roku, był równoznaczny z wyrokiem. Diagnoza „zapalenie okrężnicy poprzecznej (nowotwór z przerzutami”; ros. – „неоплазма с МТС – skrót od „ c метастазами”) – oznaczała rak w ostatnim stadium. Kławdiję zaczęła nawiedzać depresja: – Jakże dalej będę żyła? … Wówczas Christinja, jej opiekunka postanowiła: – Jutro pójdę do świątyni, zamówię nabożeństwo z wodą świętą, przyniosę wody świętej, wszystko pokropimy – ulży…

 

Następnego dnia, Kławdija została sama w ciężkim smutku.

„Położyłam się na łóżku. Drzwi zamknięte na klucz. Nagle słyszę: ktoś do mnie podchodzi. Wystraszyłam się – przecież drzwi są zamknięte! Patrzę – stoi nade mną starzec z białą brodą, ubrany w podriasnik (suknia noszona przez duchownych prawosławnych pod sutanną – od A.L.), trzyma dłoń   na piersi i tak czule mówi: „Nie płacz, Kławdijuszka, żadnego raka u ciebie nie ma.” Odwraca się i  odchodzi. A ja za nim: „Dziadku, dziadulku, zaczekaj, porozmawiaj ze mną!” Ale on nie zatrzymuje się – ale idzie nie do drzwi, a do kuchni. Ucieszyłam się – teraz w kuchni z nim porozmawiam. Wchodzę  do kuchni, a tam – nie ma nikogo … Pomyślałam – coś jest nie tak ze mną. Chciałam krzyczeć z nieszczęścia, z żalu: jak to się ze mną stało – i widziałam i słyszałam, ale nikogo nie ma … A jak  wciągnęłam powietrze do płuc – poczułam niezwykły aromat: zapach kadzidła … Wtedy zaczęłam się  żegnać: och, kto to był? Jakiś błogosławiony Pański?! A kto – nie wiem … I tak mi dobrze, że nie mogę się nacieszyć. Poszłam do pokoju stołowego – a tam również niezwykły zapach kadzidła. Usiadłam na fotelu, żegnałam się i modliłam się bez końca. Spojrzałam na zegarek – to już było 7:00 rano. Nie  zauważyłam, jak czas przeleciał … Oto jaka radość bywa.”

 

Kiedy Kławdii Nikiticzny zamierzano wykonać drugą operację w szpitalu miejskim, Walentyna Wasiljewna Alabjewa, która miała ja wykonywać, poprosiła o modlitwę za pomyślny  wynik.

Najświętsza Bogurodzico, – modliła się Kławdija, – pobłogosław, aby operacja była  bezbolesna, a Walentynę Wasiljewnę błogosław na czas operacji …

Operacja ta (przeprowadzona w kilka miesięcy po pierwszej  – „śmiertelnej” operacji),  ujawniła to, co do tej pory u większości lekarzy nie mieści się w głowie: całkowite wyleczenie z raka, chociaż całkiem niedawno w brzuchu wykryto tę chorobę z przerzutami…

 

„ZWODZICIEL MNIE BIJE”

Rozmyślając o wszystkim, co się stało i co się z nią działo, Kławdija Nikiticzna przeżywała jeszcze jeden cud: z człowieka niewierzącego przekształcała się w człowieka świadomie wierzącego. I było to bardzo trudne.

Na początku, kiedy Kławdija Nikiticzna tylko co wróciła ze szpitala do domu i zaczęło ją  odwiedzać mnóstwo ludzi, aby zapytać, jak było – ona, pełna wrażeń po niedawno przeżytym wydarzeniu, mówiła wszystkim:

– „Opowiadajcie o wszystkim, co usłyszeliście ode mnie, swoim krewnym, piszcie znajomym!” Ale przychodziło wielu po prostu ciekawych. Ci niewierzący ludzie po prostu mówili: „To pani taki sen miała!”

Przychodzili i „stójkowi” – (milicja – od A.L.), aby sprawdzić, co ona opowiada. W swoich   opowiadaniach władzy ona nie ruszała – przyczepić się nie ma do czego!. Ludzi też ciekawiło tylko to, co się z nią wydarzyło, – jaką Kławdija była i jaką się stała! Była niewierzącą – a teraz o Bogu zaczęła    mówić… Jak taki zwrot mógł nastąpić? Tylko dlatego władze zaczęły twierdzić, że jest ona nie  normalna.

A wkrótce rozpoczęły się ataki zwodziciela – przez złych ludzi.

Jej sąsiedzi, którzy żyli obok, w drugiej połowie domu, zajmowali się czarami. Kiedyś wszedłem do nich i sam przekonałem się, że można ich nazwać „pracownikami czarnej magii”. Bardzo źle mnie przywitali: nie odpowiedzieli na powitanie, starzec wściekł się na mnie, zamachnął się, nazwał Kławdiję złym słowem. Gdy zacząłem czytać psalm 91 (w Cerkwi Prawosławnej jest to Psalm 90) – „Kto przebywa w pieczy Najwyższego i w cieniu Wszechmocnego mieszka…” – zrobiło im się niedobrze. Staruszka zaczęła się trząść, na  moich oczach upadła – zaczął się jakby atak. Powód był zrozumiały: wróg nie lubi, aby głoszono chwałę Bogu. A ci ludzie służyli wrogowi…

Kiedy przyjechałem do Kławdii Nikiticzny po raz pierwszy, długo nie chciała mnie puścić.  Może dlatego, że widziała tyle nieufności i drwin w stosunku do siebie – i było jej lżej przez to, że ufałem jej bez zastrzeżeń. Poza tym, bardzo pomagało jej to, że modliłem się w jej domu: liczba ataków demonicznych zmniejszyła się.

Ale ataki demoniczne jeszcze długo dręczyły ją w domu. Pewnego razu przyjechałem do niej, wchodzę do domu, a ona krzyczy: – „Szybciej! Zwodziciel mnie bije! Szybciej przeżegnaj mi plecy –  jak one (złe duchy – dod. od A.L.) mnie męczą!”

Kławdija, mocno pochylona z bólu, oparła się o piec, nie mając sił ustać, a ja zacząłem czytać: „Bóg wstaje, a rozpraszają się Jego wrogowie…” (psalm 68; w Cerkwi Ptrawosławnej jest to Psalm 67 – od A.L.). Nagle ręka moja stała się tak ciężka, jakbym podnosił wielki odważnik lub mieszał glinę! Czuję: ręka sztywnieje. Ale nie przestałem gorliwie się modlić, i wkrótce oboje odczuliśmy ulgę.

Och, chwała Bogu! – westchnęła Kławdija i wyprostowała się …

Być może z powodu działania demonów, którzy ją atakowali, Kławdija Nikiticzna tak zachorowała, że nie mogła chodzić. Stawy tak bolały, że nie mogła w łóżku się przewrócić na drugi bok – przewracała ją stara kobieta o imieniu Christinja, która podjęła się opieki nad nią. Paliła w piecu, a Kławdija przestała jeść- straciła apetyt.

 

BŁOGOSŁAWIEŃSTWO  NA  GŁOSZENIE ŚWIADECTWA

„Pewnego razu Christinja położyła się w kuchni, aby odpocząć… A ja leżę na łóżku – nieruchoma. W domu nie ma nikogo. Drzwi, jak zwykle, zamknięte. Nagle słyszę czyjeś kroki. Spojrzałam: a to do mnie podchodzi młoda zakonnica, bardzo piękna. Mówi do mnie po imieniu:  – „I  cóż, Kławdijo, bolą cię stawy?”

A moje stawy w tym czasie tak bolały, że i w rękach straciłam władzę. Ale w tej chwili zapomniałam o bólu, tylko patrzę na nią szeroko otwartymi oczami: jak ona tu weszła? Przecież  Christinja śpi, a drzwi zamknięte … ? Ale gdzieś już widziałam ją, taką piękną, – ale zapomniałam i  kim ona jest – nie wiem … Wtedy ta zakonnica mówi:

– „No, wstawaj, Kławdija. Trzeba chodzić. Trzeba jeść. Trzeba opowiadać.”

A o czym opowiadać? Kławdija od razu zrozumiała, że chodzi o jej opowiadania o cudzie, który się z nią zdarzył. Przecież lekarze twierdzili jej, że to wszystko – sen, urojenia, czego w  rzeczywistości nie było … A po słowach tej niezwykłej kobiety wątpliwości ustąpiły i Kławdija poczuła się lekko i swobodnie! Przecież Święta Niewiasta potwierdziła, że opowiadanie Kławdii – to nie jest sen, ale żywe kazanie z Niebios. A więc należy chwalić Dzieła Boże …

„A zakonnica idzie tyłem do drzwi. Stanęła na próg. Wtedy spuściłam nogi na podłogę – i nawet nie zauważyłam, jak stanęłam na nogi, przecież przedtem nie mogłam nawet się poruszyć. Idę za nią, chciałam obudzić Christinję, powiedzieć jej: „Ty spisz, a my takiego gościa mamy!” Tylko na chwilę spojrzałam na Christinję – a tej Świętej Niewiasty już nie ma, chociaż drzwi się nie otwierały! W tym momencie Christinja się obudziła i zawołała:

– Och, Kława! Co ja teraz we śnie widziałam! Tutaj była jakaś niezwykła święta!

Całuje próg: – Tutaj ona stała nogami!…

I klamkę drzwi, którą trzymała, również całuje…

– Kława, jestem taka szczęśliwa, że podjęłam się opieki nad tobą i taki święty sen widziałam.

Kiedy Christinja zobaczyła, że stoję na nogach – zapłakała jeszcze bardziej:

– Och, Kława, przecież ty stoisz! Co za radość! … I zapłakałyśmy razem.”

Po tym wydarzeniu, Kławdija Nikiticzna zaczęła opowiadać wszystko, nie bojąc się potwarzy. Wyszło tak, że zaczęła ona głosić na polecenie Świętej Niewiasty, która zjawiła się w jej domu. Było to jakby błogosławieństwo Boże, przekazane przez nieznaną świętą służebnicę…

Wiele osób przyjeżdżało do Kławdii – jestem świadkiem. Przy mnie przyjeżdżali z województwa nowosybirskiego i tomskiego. Jechali z całego kraju. Odwiedzili ją moja kuzynka i zięć. Wiele razy widział ją i słuchał diakon Ojciec Nikifor…

A w Tomsku wieść o cudzie Bożym zabrzmiała z ambony w cerkwi. Ojciec Aleksandr Piwowarow opowiedział o Barnaulskim Cudzie w kazaniu w Sobotę św. Łazarza.

W tym czasie akurat służyłem w świątyni Piotra i Pawła i byłem żywym świadkiem, jak ludzie w natchnieniu słuchali słów Ojca Aleksandra.

Adres? Jaki jest jej adres do niej? – rozległo się w świątyni. Wtedy Ojciec Aleksandr dodał:

– Tym, którzy chcą osobiście przekonać się o wskrzeszeniu Kławdii z Barnaułu i spotkać się z  nią, – mogę podać jej adres …

Po tym kazaniu wiele osób pojechało do Barnaułu. A Ojca Aleksandra natychmiast wzięto na  haczyk : – „Co Ojciec głosi? Kto zmartwychwstał?” Chcieli wytoczyć przeciwko niemu sprawę sądową, grozili nawet pozbawieniem stanu kapłańskiego. A był on energiczny, troskliwy – przyciągał do siebie młodzież, uczył ją. A to władzom wówczas było niepotrzebne.

Wielu w Tomsku pytali mnie o to, co opowiadała Kławdija. Wszystkim mówiłem o tym cudzie, nikomu nie odmawiałem – ani w cerkwi, ani u kogoś w domu. Natychmiast zaczęli mnie śledzić KGB-iści. Parafianie ostrzegli mnie:

– Kobiety, które za Ojcem chodzą, są wysłane przez KGB.

– Niech chodzą! – odpowiedziałem. – Niech śledzą. Opowiadam tylko to, co sam widziałem i sam słyszałem, nic nie dodaję, a o władzach ani słówka nie mówię.

Po pewnym czasie spytałem te dwie kobiety, pacząc im prosto w oczy: „Czy wiecie, za ile srebrników Judasz sprzedał Chrystusa? A współcześni Judasze za ile sprzedają”? Więcej tych kobiet w świątyni nie widziałem…

 

POD  OSŁONĄ  WIELEBNEGO  SERGIUSZA

Cud w Barnaule stał się znany w Ławrze św. Trójcy i św. Sergiusza (ros. – в Троице-Сергиевой Лавре). Przyjeżdżali pielgrzymi z dalekich krajów:

– Gdzie jest ta kobieta, która zmartwychwstała? Słyszeli o tym zakonnicy, ale dokładnie opowiedzieć nie mogą: Kławdija Ustiużanina mieszka na Syberii, a tam cudzoziemcy dostępu nie mają.

Przeor Lawrientij i przeor Naum (dziś obaj są archimandrytami) zaprosili ją do Zagorska –  potrzebna była jako żywy świadek …

Zebrało się duchowieństwo Ławry. Gdy Kławdija, na kolanach, wszystko opowiedziała  starcom (jednego z nich ona nazwała – archimandryta Serafim, imienia którego nie znam), to starcy płakali przed ikoną Zbawiciela i prosili Pana, aby On cały świat zostawił do nawrócenia. Poczuli oni, że ta wypowiedź jest żywa, że świadectwo Kławdii Ustiużaniny jest przesłaniem z Nieba na naszą ziemię, żeby nas obudzić z grzechu, żebyśmy osądzili swoje grzeszne postępowanie i żyjąc, oczekiwali na spotkanie z Panem…

Kławdii Nikiticznie coraz trudniej było żyć w Barnaule. Ale nie od razu zdecydowała się ona przenieść pod osłonę Świętego Sergiusza. Nie krepując się, otwarcie powiedziała mi o przyczynach braku pośpiechu. Rzecz w tym, że podczas jej pierwszego przyjazdu do Zagorska, karmiono ja chlebem borodińskim, który jej się bardzo nie spodobał. Przecież ona, pracując jako sprzedawczyni, była przyzwyczajona do białego syberyjskiego – pulchnego, aromatycznego. A kiedy zaczęli zapraszać ją do Zagorska, aby tam zamieszkała – ona (taka była wybredna!) nie pojechała… z powodu chleba. Po jakimś czasie przyjechała z Ławry z listem kobieta, aby pomóc jej w sprzedaży domu i gospodarstwa. Kławdija znowu nie pojechała – ponownie ze względu na chleb. I po raz trzeci odmówiła wyjazdu. A potem pomyślała:

„Zrozumiałam później, że teraz wróg będzie mnie wypędzać! We śnie widzę: przychodzą dwie czarne kobiety, na głowach mają rogi. Obudziłam się: myślę – Boże mój, co będzie dalej ze mną?  Nagle po obiedzie przychodzą … dwie kobiety – i prosto do stołu. Rozwijają dokumenty: „Proszę podpisać – to jest pisemne ostrzeżenie, aby nikt do pani nie zbliżał się ani na krok! Ponieważ o jakimś Bogu pani głosi”. Nie znałam tych kobiet, ale domyśliłam się, że były one z komitetu wykonawczego partii. Otworzyłam drzwi i mówię im: „Ano, precz stąd! Przyszły mi wskazówki dawać! Pan mnie wskrzesił, abym wszystkim o tym opowiadała. A z waszych ostrzeżeń nic nie wyjdzie!”.

Kławdija była ostra, ale sprawiedliwa – za słowem do kieszeni nie sięgała, prawdę zawsze  rżnie jak nożem … Odeszły te kobiety, ale na pożegnanie pogroziły:

– Pójdziemy, ale zamiast nas inni ludzie przyjadą! Będą z panią rozmawiać inaczej. Zrozumiano?

– Zrozumiałam wszystko: milicja przyjedzie! – odpowiedziała im Kławdija i czując zło, pobiegła do Agafii, która mieszkała po drugiej stronie ulicy.

Pomóż mi się spakować!

Do walizki wkładać rzeczy nie było czasu – wrzuciły byle jak do worka. Naraz zobaczyła przez  okno: dwóch milicjantów idzie do drzwi – a więc, milicja już przyjechała …

– Och, Agafiuszko! Zamknij mnie szybko w szafie! Wchodzą milicjanci:

Dzień dobry! A gdzie gospodyni?

Poszła do szkoły, do Andriuszy, – użyła fortelu Agafia. Milicjanci odeszli. Otwiera szafę Agafia – a Kławdija cała mokra ze zdenerwowania.

– Dzięki Bogu! Udało się…

Trzeba iść. A jeżeli przed domem pilnują? Uciekała tyłami domu, aby milicja nie widziała.

Kławdija Nikiticzna Andriuszę przechwyciła w drodze ze szkoły do domu – i zostawiwszy dom sąsiadowi, udała się do Zagorska. Po pewnym czasie kupiła domek w małym miasteczku Strunino – niedaleko od Zagorska. Tam, w cieniu Świętego Sergiusza i żyła Kławdija, głosząc ludziom o wszystkim, co Bóg uczynił dla niej – czternaście lat życia było jej darowane po nieuleczalnej chorobie: raka z przerzutami… A jej synka Bóg powołał na drogę kapłaństwa – skończył on seminarium i Akademię Teologiczną w Zagorsku.

 

RÓŻE  W  ŚWIĘTYM  ŹRÓDLE

Przypomina mi się jeszcze jeden niezwykły przypadek. Pod Barnaułem, we wiosce Piekańskoje, jest uzdrawiające źródło Sroczy Jar (ros. – Сорочий Лог). Dwa razy jeździliśmy tam z Kławdiją i jej przyjaciółką, która pracowała z miejskim wydziale handlu i dostawała samochód na te wyjazdy. Podczas jednego wyjazdu (jechało wtedy pięć osób, mnie z nimi nie było) wydarzyło się coś niezwykłego. Kławdija Nikiticzna opowiedziała, że kiedy wykapały się, zjadły chleba, zaczęły się modlić, wykonały dziękczynny ukłon w stronę źródła, to w wodzie, obok brzegu, zobaczyły trzy czerwone świeże róże – jakby tylko co ścięte! Stoją pionowo i nie padają, jak gdyby ktoś je trzymał. Były zdumione.

Kto postawił te róże? – pytają jedna drugą. Okazuje się – nikt! Nikt kwiatów nie miał. Również w tym czasie przy źródle nie było żywej duszy. Strach ogarnął kobiety: skąd róże? A w tym czasie na wodnej gładzi kąpieliska pojawiła się twarz – jakby odbicie Królowej Niebios. Wtedy wszystkie jedna przez drugą zaczęły mówić: „Kława! Kława! To dla ciebie. To dla ciebie Królowa Niebios postawiła te kwiaty!  

Jedna z kobiet bierze te róże i podaje Kławdii. A ta się zmieszała: czy może być takie coś dla niej, grzesznicy? Ale róże – są, oto one! Tylko niewiadomo, kto je postawił… Wówczas Kławdija mówi przyjaciółkom: „A czy to tylko dla mnie jednej? To dla wszystkich nas!” Po płatku rozebrały kobiety te pachnące kwiaty…

 

*  *  *

Ojciec Walentin Biriukow:

 

Jak mi zostało przepowiedziane w 1948 roku, spotkałem się z Kławdiją Ustiużaniną tylko pięć razy. Trzy razy byłem u niej w Barnaule. Dwa razy spotykałem się w Struninie, gdy byłem już diakonem – przyjeżdżałem ze swoim synem Piotrem, który wtedy właśnie wstępował do seminarium. Również Andriusza, którego tak pokochałam, też został kapłanem – on teraz służy w Uspieńskim klasztorze w Aleksandrowie …

Jak już mówiłem, wątpliwości na temat wskrzeszenia Kławdii nigdy nie miałem. Pan wskrzesił Kławdiję Nikiticznę dla podtrzymania naszej wiary – to jest wielkie orędzie. Wielka Łaska nawiedziła prawosławnych dla umocnienia nas wszystkich. Trzeba dziękować Bogu za ten wielki dar.

Ale poznałem też inny stosunek do Cudu. Pamiętam, jak opowiadałem o tym przypadku pewnemu człowiekowi. Był przyjacielem mego ojca – dobry, wykształcony człowiek. Przedtem wierzył w Boga. A w latach 30 – tych, kiedy zniszczono cerkwie, wiarę stracił. Opowiedziałem mu o Cudzie Barnaulskim, a on mówi do mnie:

– No, mój drogi, ładną bajkę opowiadasz. Ale ja nie wierzę, że Bóg istnieje i że człowiek ma duszę. Umarł, zakopią – i koniec!…

A potem umarł. Gdzie teraz jest jego dusza? Modlę się za niego …

Tak, każdemu daje się według wiary. „Nie miałam wiary, ale Pan ulitował się nade mną” – często mówiła Kławdija Nikiticzna Ustiużanina. Będziemy i my modlić się do Pana o Łaskę dla nas, małej wiary…

 

Źródła:

 

ЧУДО ВОСКРЕШЕНИЯ К. УСТЮЖАНИНОИ ИЗ БАРНАУЛА В 1964

Cud wskrzeszenia K. Ustiużaniny z Barnaułu w 1964 roku

http://profi-rus.narod.ru/pravoslavie/text/1bch.html

 

По следам барнаульского чуда. Опыт документального расследования

Śladami Cudu Barnaulskiego. Doświadczenie śledztwa dokumentalnego

http://www.boleem.com/main/library?id=326

 

Протоиерей Валентин БИРЮКОВ. / Protojerej Walentin Biriukow

НА ЗЕМЛЕ МЫ ТОЛЬКО УЧИМСЯ ЖИТЬ / Na ziemi uczymy się tylko żyć

Непридуманные рассказы. — М.: Даниловский благовестник, 2004.

Opowiadania nie wymyślone. – M.: Daniłowski błagowiestnik, 2004

http://afaq.narod.ru/archives/8a2.htm

 

Русская Хоругвь / Rosyjska Chorągiew

За Веру, Царя и Отечество / Za Wiarę, Cara i Ojczyznę

Как посрамил Господь неверие фарисеев в чудо Барнаульского воскрешения (окончание)

Jak Pan Bóg zawstydził niewiarę faryzeuszy w Cud Barnaulskiego Wskrzeszenia (zakończenie)

11 marca 2012 r.

http://yurij-rassulin.livejournal.com/64128.html

 

 

  1. Walka z Cudem Barnaulskim: Nie było raka, nie było śmierci klinicznej, nie było wskrzeszenia, nie było nawrócenia i nie było cudu

 

Na ten cud czekała Rosja

 

O Cudzie Barnaulskim wskrzeszenia w 1964 roku Kławdii Ustiużaniny napisano mnóstwo broszur. Materiały o niej umieszczono na dziesiątkach stron w rosyjskim Internecie, wykorzystano w różnych książkach.

 

Jedynym wiarygodnym do końca lat 90-ch było opowiadanie syna Kławdii Nikiticzny, protojereja ojca Andrieja Ustiużanina, służącego obecnie w Święto – Uspieńskim żeńskim klasztorze miasta Aleksandrowa Władimiro – Suzdalskiej Diecezji (ros. – Свято-Успенском женском монастыре г. Александрова Владимиро-Суздальской епархии). Ojciec Andriej dosłownie zapisał opowiadanie swojej matki – tak, jak zapamietał go bedąc jeszcze dzieckiem, kiedy Kławdija Nikiticzna opowiadała o tym głównym wydarzeniu swego życia licznym przybyszom, chcących usłyszeć świadectwo o cudzie Bożym. Opowiadanie to zostało wydane w formie broszury pt. „Cud Barnaulski. Opowiadanie o prawdziwych wydarzeniach, które wydarzyły się w mieście Barnauł z Kławdiją Ustiużaniną w 1964 roku” (wydanie Klasztoru Sreteńskiego. Moskwa, 1996 r.).

 

Drugim wiarygodnym opisem Cudu Barnaulskiego jest świadectwo, również kapłana prawosławnego,

protojereja Walentina Biriukowa, umieszczone w książce Ałły Dobrosockich „Śladami Cudu Barnaulskiego. Doświadczenie śledztwa dokumentalnego”. Tłumaczenie tego świadectwa podano wyżej w niniejszym opracowaniu.

 

Wydawałoby się, co nowego można dodać do tego wydarzenia? Tym bardziej, że każdy ma prawo wierzyć lub nie wierzyć znanym faktom – każdemu daje się według jego wiary. Ale świeże, trzeźwe spojrzenie dzisiaj jest po prostu niezbędne. Po pierwsze, dlatego, że mnóstwo najciekawszych świadectw ówczesnych świadków i szczegółów wydarzeń, które zachodziły wokół cudu, pozostało poza polem widzenia wydawnictw prawosławnych. Po drugie, wydarzenie to obrosło taką ilościa domysłów i legend, że niektórzy ludzie o słabej wierze często odbierają go jako „pobożną bajkę”.

 

Kto tylko nie starał się wykorzystać historii Kławdii Ustiużaniny! Robili to ateiści: „Nie było raka, nie było śmierci, nie było wskrzeszenia – wszystko to, jest jedynie wynikiem nieposkromionej fantazji samej Kławdii Nikiticzny, jej  syna i ich nastepców” (strona ateistyczna).

 

Bez wahania przeinaczają wszystko według swoich potrzeb również ufolodzy. Powołując się na jakąś „kosmiczną koolicję”, jakoby rządzącą światem, zaliczają oni Kławdię Ustiużaniną do grona „lepszych kijanek”, wyciagając przy tym całkiem ekstrawagancki wniosek: „Supercywilizacja Wszechświata jeszcze raz pokazała przez „cud barnaulski”, że każdy człowiek po śmierci zawsze otrzymuje to, na co zasłużyła jego dusza!”. (rosyjska sieć ufologiczna).

 

Na te jawne spekulacje można by nie zwracać uwagi. Ale nawet w prawosławnym świecie wokół historii ze wskrzeszeniem, które spowodowało wielki napływ pielgrzymów do Barnaułu z całej Rosji, powstało niemało legend. Niektóre, nie całkiem wiarygodne fakty, trafiły z przepisywanych wiele razy „świadectw” do różnych wydań, pretendujących do miana prawosławnego punktu widzenia.

 

Protojerej Andriej Ustiużanin wskazuje na mnóstwo przeinaczeń i przekretów w wielu książkach, w szczególności w książce „Prawosławne cuda XX wieku”. W „świadectwach”, spisywanych, jak się zaznacza ze słów Kławdii U., mylnie podano jej nazwisko, imię ojca, rok operacji, jej śmierci i wskrzeszenia. „Świadectwo” z takimi błędami np. wydało Wydawnictwo «Держава» w 2000 r. w nakładzie 10 tys. egz., zapisane niby przez niejakiego kapłana zakonnego ojca Wiktora, nieznanego do tej pory. Składa się wrażenie, że były siły, które chciały zdyskredytować Cud Boży. Nie wiadomo, czy był to planowany zamysł. Różniące się szczegółami przepisywane wersje Cudu Barnaulskiego można wytłumaczyć chęcią osoby przepisującej dodania czegoś od siebie, ulepszającego, według niego, treść. Ale w tych różnych nieoficjalnych opisach jest jakaś wspólna prawidłowość, wspólna zasada protestu  przeciwko realiom życia, z którego został wypędzony Bóg…

 

Dla ludzi, żyjących obecnie w latach odrodzenia Prawosławia, trudno jest przedstawić potworność czasów ateizmu. Wszystkimi możliwymi środkami propagandy starano się człowiekowi wtłoczyć do głowy, że jest on przypadkowym połączeniem atomów, cząsteczek, że jest niczym, że celem jego życia jest grób i że po śmierci zostanie on bez śladu rozsiany w przestrzeni. I równocześnie wszystko to było łączone z nieprawdopodobnym zarozumialstwem: „Człowiek – to brzmi dumnie!”.

 

Ale z czego ma być dumny nic nie znaczący pyłek, po którym za chwilę nie zostanie żadnego śladu?  W imię czego ma żyć? Tę potworną sprzeczność, rozdzierającą duszę, nie mogły zagłuszyć żadne transparenty o „pięknym nowym świecie”. Dusza intuicyjnie czuła fałszywość głoszonych celów  życia. Oto dlatego z tak ogromnym zainteresowaniem, z takim zachwytem i nawet podnieceniem ludzie reagowali na wszystko to, co wyrywało się z ram komunistycznych dogmatów. W latach 60-ch,  pełnych nienawiści do wiary (kiedy za żywe słowo kazania kapłan mógł być pozbawiony rejestracji, czyli pozbawiony stanu kapłańskiego lub osadzony w więzieniu), stęsknione dusze ludzi pragnęły dowolnego potwierdzenia, że jednak jest coś innego, oprócz „nowego, szczęśliwego życia”, pragnęły dowolnego świadectwa o obecności Opatrzności Bożej w ich życiu, o nawróceniu do wiary nawet ateistów i komunistów.

 

Jakże potrzebny był Cud Barnaulski dla pocieszenia narodu, któremu za 20 lat (w 1981 roku!)  obiecywano zbudowanie komunizmu. Słynne „proroctwo” Nikity Chruszczowa, że „Obecne pokolenie ludzi radzieckich będzie żyć przy komunizmie, a w telewizji zostanie pokazany ostatni pop”, czyli kapłan, dzięki Bogu, nie spełniło się. Dlatego tak zrozumiałe i wytłumaczalne jest pragnienie ludzi na twórczość, przedstawiającą te tematy.

 

Pragnienie narodu rosyjskiego zobaczyć skruchę komunistów odzwierciedliło się w barwnych szczegółach, które ludzie od siebie dodawali do rekopisów. W opisie cudu (wg słów Kławdii U.)  są takie wiersze: … „następnie zobaczyłam mój kościół, który lżyłam. Kiedy otworzyły się drzwi i wyszedł stamtąd duchowny w białych szatach, od których wychodziły błyszczące promienie”…, oraz tuż za nimi nastepujące słowa Boga: …”Wtedy zapytał mnie Pan Bóg: „Kto to jest?”. Odpowiedziałam: „To jest nasz duchowny”. A głos mi odpowiedział: „A ty mówiłaś, że to jest nierób; nie, on nie jest  nierobem, on jest robotnikiem, jest prawdziwym pasterzem, a nie najemnikiem. I wiedz, że w jakim by nie był on małym stopniu, on służy Mnie, Bogu i jeżeli Ojciec duchowny nie przeczyta nad tobą modlitwy rozgrzeszenia, to i Ja ci nie przebaczę”. W słowach tych naród starał się obronić i uświęcić swoich pasterzy, dodając słowa o „błyszczących promieniach”, wychodzących z ich odzieży lub  zamieszczając pełne wyrzutów słowa Boga pod adresem tych, którzy uwierzyli kłamstwu.   

 

Również nastepujące słowa Kławdii U. o chodzeniu po urzedach w zakończeniu jej świadectwa budzą wątpliwość: … „Dzięki Łasce Królowej Niebios i Boga Najwyższego chodzę do cerkwi i prowadzę życie godne chrześcijanki. Chodzę po urzędach i opowiadam wszystko, co mnie się przydarzyło, a Bóg mi we wszystkim pomaga. Teraz wszystkich przyjmuję, kto do mnie przychodzi i każdemu opowiadam to, co się wydarzyło”. O chodzeniu po urzedach i opowiadaniu o cudzie w latach 60-ch nie mogło być nawet mowy. Przestepstwo to (antysocjalistyczna agitacja) zostałoby natychmiast przerwane przez władze, a sprawczynię osadzono by w więzieniu. Tylko za to, że ludzie przychodzili i przyjeżdżali  posłuchać o cudzie do domu Kławdii U., doznała ona od władz wielu prześladowań, z powodu których musiała w końcu uciekać do innego miasta. Ale twórczość ludowa zrobiła z Kławdii U. swego rodzaju  pątniczkę, nie bojącą się wyznawać Bożą Prawdę w sowieckich urzędach.

 

We wspomnianej książce Ałły Dobrosockich „Śladami Cudu Barnaulskiego. Doświadczenie śledztwa dokumentalnego”, powstałej w wyniku wyjazdu wraz z o. Andriejem Ustiużaninym do Barnaułu, umieszczono nowe, nie publikowane dotąd świadectwa, wspomnienia i opowiadania świadków, odtworzono atmosferę tamtych lat 60-ch, przedstawiono negatywne stanowisko lekarzy, z których wielu i obecnie uważa Cud Barnaulski za „bańkę mydlaną”. Dokonano próby dokumentalnego  dziennikarskiego śledztwa dotyczącego życia, śmierci i wskrzeszenia Kławdii U.

 

W dalszej części opracowania zostaną zamieszczone wypowiedzi przeciwników Cudu jak i jego obrońców. Wiekszość wypowiedzi pochodzi z powyższej książki. Autorka nie starała się dac faktom  ostateczną i jedynie prawdziwą ocenę. Niechaj czytelnik sam wyciągnie wnioski. 

 

Jednak przy sprzeczności różnych opinii pozostaje jeden bezsporny fakt – cud uzdrowienia z raka i cud nawrócenia na wiarę chrześcijańską – tego nikt nie może obalić. I to jest najważniejsze!

 

Nie było raka, nie było śmierci klinicznej, nie było wskrzeszenia, nie było cudu

 

Na początek – zarzuty osób, zwalczających cud, nastepnie – wypowiedzi obrońców cudu.

 

  1. List profesora I.I.Neumarka, operujacego Kławdiję U.:

 

Kopia listu profesora Izraela Isajewicza Neumarka jest przechowywana u jego ucznia, doktora nauk medycznych, członka korespondenta Rosyjskiej Akademii Nauk Medycznych Jakowa Naumowicza Szojcheta. List ten został napisany w 1998 roku po publikacji o „cudzie barnaulskim” w jednej z centralnych gazet. Oto fragmenty z tego listu:

 

W lutym 1964 r. do kierowanej przeze mnie wydziałowej kliniki Ałtajskiego Instytutu Medycznego w Szpitalu Kolejowym, została przyjęta na operację Kławdija Ustiużanina ze skierowaniem onkologów z diagnozą „rak okrężnicy poprzecznej”. W klinice chora była operowana pod narkozą dotchawiczą. Podczas wprowadzania do uśpienia nastąpiło zatrzymanie akcji serca. Natychmiast zostały podjęte działania reanimacyjne, i szybko, w ciągu dwóch minut, udało się przywrócić czynność serca. W czasie operacji wykryto duży guz zapalny, pochodzący z okrężnicy poprzecznej, który uciskał i utrudniał jej drożność. Żadnych przerzutów raka i 1,5 litra ropy, wymienionych w artykule nie wykryto. Założono przetokę na ślepą kiszkę do odprowadzania gazów, treści jelit i stworzenia warunków do usunięcia procesu zapalnego. Tak więc, rak był wykluczony. Obraz odpowiadał procesowi zapalnemu. Cała operacja trwała 25 minut. Po operacji chora była nieprzytomna przez dwa dni. Znajdowała się w sali reanimacyjnej pod stałym nadzorem lekarzy i pielęgniarek. Oddychała samodzielnie i serce pracowało normalnie. Następnie odzyskała przytomność i zaczęła się interesować, co znaleziono podczas operacji i co jej zrobiono. Wielokrotnie sam osobiście z nią rozmawiałem i przekonywałem, że raka u niej nie ma, tylko jest stan zapalny, a kiedy on minie, to przetokę się usunie. Ale ona mi nie wierzyła, ponieważ często zaczynała rozmowę na ten temat i powiedziała, że ma chłopczyka Andrzeja. Ojca nie ma, i jeśli ona ma raka, to powinna pomyśleć, jak go zabezpieczyć. Zapewniałem ją, że raka nie ma i że żadnych kroków w tym kierunku nie trzeba podejmować i że ona sama go wychowa.

A więc, Kławdija Ustiużanina nie umarła na stole operacyjnym podczas operacji, dlatego nie było potrzeby, aby ją wskrzeszać. I nie rozumiem, jak ona mogła pokazywać świadectwo zgonu i historię choroby. Wątpię również, że była ona „przekonaną ateistką”. W szpitalu często się modliła i Bóg jej pomógł – czynność serca została szybko przywrócona i okazało się, że raka nie ma. Później Ustiużanina odzyskiwała zdrowie. Guz się zmniejszył i wessał się. W szpitalu miejskim dr W. Alabjewa zaszyła przetokę i pacjentka zupełnie wyzdrowiała. Przed operacją Walentyna Wasiliewna zadzwoniła do mnie przez telefon i ja powiedziałem jej, że guz zapalny wessał się. W.W. wiedziała przed operacją, że u pacjentki raka nie ma. <…>

Co zaś się tyczy Ustiużaniny, to ona sama wymyśliła legendę, jak została wskrzeszona z  martwych. Przy czym legenda cały cas się zmieniała. Wpierw rozsiewała plotkę, że umarła, a ją nagą podczas mrozu wyniesiono do kostnicy, gdzie leżały trupy. Przyszedł stróż szpitala, upuścił wiadro i ona się obudziła. Dusza leciała do rynku (Ustiużanina pracowała w handlu), spotkał ją anioł i kazał wrócić do Kławdii i ona wróciła do życia. W rzeczywistości, w tamtym czasie w szpitalu kolejowym nikt nie umierał, nie było trupów, a stróżów w szpitalu nigdy nie było.

Ustiużanina propagowała swoją świętość i zorganizowała biznes, dokonywała obmywań swego ciała i zużytą wodę sprzedawała jako świętą. Jej publicznym wystąpieniom towarzyszyły grube wybryki i przekleństwa w miejscach publicznych miasta pod moim adresem i adresem pracowników szpitala kolejowego ze skrajnym antysemickim odcieniem.

Wielokrotnie pojawiały się w różnych gazetach artykuły, podobne do opublikowanego przez was, ale o różnych wariantach wymysłów …

Rozumiem, że inicjatorem tych wystąpień jest jej syn Andrzej, który obecnie służy jako kapłan w Święto – Uspieńskim klasztorze żeńskim miasta Aleksandrowa. Trzeba się dziwić, jak po 20 latach od śmierci matki, on rozdmuchuje wymyśloną przez nią legendę dla stworzenia sobie popularności i sławy […]

W ciągu długich lat działalności chirurgicznej jest to jedyny przypadek w mojej praktyce, kiedy trzeba udowadniać absurdalność tej publikacji. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że możecie opublikować takie brednie i staniecie się podobni do prasy brukowej … Tą publikacją przyczyniliście mi najgłębszą krzywdę i wstrząs duchowy, na które nie zasłużyłem.”

 

Źródło:

ОБЩЕСТВО СЕТЕВЫХ АТЕИСТОВ

Васильева Н. В. Мыльный пузырь «барнаульского чуда» Здравый смысл, N 30, 2004 г. (арх)

TOWARZYSTWO ATEISTÓW SIECIOWYCH

Wasiliewa N. W. „Mydlana bańka „cudu barnaulskiego” Zdrowy rozsądek, Nr 30, 2004 (arch.)

http://afaq.narod.ru/archives/8a3.htm#4

 

  1. Wypowiedź Natalii Wasiliewoj, ateistki:

 

– „Mnie od bajek kapłanów w ogóle trzęsie, – szczerze przyznała wojująca ateistka Wasiliewa. – Nie mam zaufania do tego towarzystwa. Specjalnością ich jest – kłamać”.

 

Według wersji Wasiliewej, … „Na początku „cudu” była nieszczęśliwa kobieta, wyraźnie z nie całkiem zdrową psychiką, wymyślająca o sobie niestworzone rzeczy, w które sama wierzyła. Następnie jej zwolennicy, którzy uwierzyli w jej świętość, którzy przyjeżdżali do niej po „świętą wodę” i opowiadali o niej innym. I w końcu, chciwi na sensacje dziennikarze, którzy dokończyli sprawę. W jednej z historii, zapisanych ze słów Kławdii Ustiużaniny, mówi się nawet, że profesor – Żyd chciał ją uśmiercić po jej wskrzeszeniu”.

 

Źródło:

ОБЩЕСТВО СЕТЕВЫХ АТЕИСТОВ / Towarzystwo sieciowych ateistów

Васильева Н. В. Мыльный пузырь «барнаульского чуда» Здравый смысл, N 30, 2004 г. (арх)

Wasiliewa N.W. Bańka mydlana „cudu barnaulskiego”. Zdrowy rozsądek, nr 30, 2004 (arch.)

http://afaq.narod.ru/archives/8a3.htm#4

 

  1. Wypowiedź syna prof. Neumarka (М.И. Неймаркa):

 

– Jak mi to wszystko już obrzydło,- powiedział przez telefon syn Izraela Isajewicza, główny urolog Kraju Ałtajskiego, doktor nauk medycznych, profesor. – Przecież to była nienormalna kobieta, która prześladowała ojca. W tamtych dniach w szpitalu chorzy w ogóle nie umierali. W dzienniku rejestracji nie ma wpisów (zgonów – dod. A.L.). U niej była śmierć kliniczna podczas podawania narkozy. Serce uruchomili – oto i cały cud. Ojca po tym zawezwano. On opisał jak wszystko było w jednym z listów do redakcji. List ten Natalia Wasiliewa, która wówczas była redaktorem wydawnictwa Uniwersytetu Medycznego cytowała w jednym ze swych artykułów.

 

  1. Wypowiedzi lekarzy ze szpitali w Barnaule:

 

  1. a) A.J.Kołomyjec, docent katedry wydziału chirurgii Ałtajskiego Uniwersytetu Medycznego:

* „Nie, śmierci klinicznej nie było! Było to krótkotrwałe zatrzymanie akcji serca” (podczas 1. operacji – od A.L.; śmierc kliniczna i zatrzymanie akcji serca – to jest to samo, wie o tym student 1 roku medycyny – od A.L.).

* …”o żadnych oznakach choroby nowotworowej nie mogło być mowy”.

* Gdy stan chorej ustabilizował się, chorą wypisano z diagnozą „guz jamy brzusznej”. W rzeczywistosci Kławdija U. została wypisana 10.3.1964r. z zupełnie inną diagnozą: „Zapalenie okrężnicy poprzecznej (nowotwór z przerzutami)”, po ros. – «Воспаление поперечно-ободочной кишки (неоплазма с МТС)», – tj. rak w stadium,zwykle już nieuleczalnym. (MTC – jest to skrót od słowa „метастазы”, czyli przerzuty – od A.L.). Diagnozę tę zawiera wypis ze szpitala, zamieszczony na str. 4 opracowania.

* podczas 2. operacji, …„gdy zrobiono laparotomię (całkowite otwarcie jamy brzusznej – od A.L.), to guza nie usunieto, pobrano tylko próbkę do biopsji – i ustalono, że guz nie jest złośliwy.”

Natomiast według wypisów z historii choroby wynika, że podczas 2-iej operacji, wykonywanej przez dr W.W.Alabiewą okazało się, że guz nowotworowy zniknął bez śladu.

 

  1. b) sprawa fałszywego wypisu ze szpitala, wypowiedź chirurga B.Pietrowej

Niektórzy lekarze twierdzą, że Kławdii U. wypisano fałszywy wypis ze szpitala (z 10.3.64) o jej chorobie. Lekarz – B.A.Pietrowa, operująca Kławdiję U. wraz z W.W.Alabiewą mówi: „Nic nie mogę powiedzieć o wiarygodności zaświadczenia… Takiego wypisu lekarze wypisać nie mogli!”

Dlaczego lekarze „nie widzą” oczywistego: że ich komentarze o diagnozie pooperacyjnej są sprzeczne z tym, co jest napisane w wypisie z historii choroby przez lekarza, ich koleżankę?

 

Dlatego B. Pietrowej nie może pomieścić się w głowie, że wbrew wypisowi ze szpitala z jednoznacznym wyrokiem śmierci (rak z przerzutami w ostatnim stadium) podczas operacji, którą wykonywała ona wraz z dr W.Alabiewą, nie widziała najmniejszych śladów raka i na tej podstawie twierdzi, że wypis był fałszywy. Mogła nie mieć wiary i mogła nie wierzyć w cudowne uzdrowienie, ale na podstawie wypisu, sporządzonego przez koleżankę, uczciwie powinna była powiedzieć: „W wypisie jest rzeczywiście mowa o raku, ale podczas operacji ja nie stwierdziłam nawet jego śladu. Nic nie rozumiem… Nie umiem tego wytłumaczyć, jak to się stało…”. I na tym powinna zakończyć. A nie jeszcze sugerować, że lekarz sporządził wypis, którego nie wolno było sporządzać. A potem jeszcze (należy domniemywać) ten fałszywy wypis dołączono do historii choroby.

 

  1. Wypowiedź sąsiadki, zajmującej się czarnoksięstwem, o Kławdii Ustiużaninie

Toż to aferzystka, ta Kławka. Zwykła aferzystka. Wszystkim opowiadała, że zmartwychwstała, zaczęli do niej przyjeżdżac ludzie, myśląc, że jest święta. Jeżeli zgarbiona babcia przyjedzie z pustymi rękoma, to ona nawet na próg nie wpuszczała, a jeżeli z pakunkami prezentów przyjadą – to wpuści. Posadzą ją do wanny, d…ę myja, a potem sami tę wodę piją. Tfuj! – Po tych słowach kobieta, nie mając chęci się przedstawic, odeszła do domu bez pożegnania.

 

Do powyższej wypowiedzi sąsiadki:

wyjatek z telefonicznego wywiadu z o. Andriejem Ustiużaninym, synem Kławdii:

 

…- Pamiętam, u mamy nie ułożyły się dobre stosunki z ojcem Nikołajem Wajtowiczem. A to, co mówią, że ona wodą z siebie handlowała – to są oszczerstwa. Proszę sobie przypomnieć, przecież to były lata 60 – te, kiedy była ostra walka z religią. Nie zajmowała się ona sprzedażą wody…

 

W obronie udokumentowanych faktów, potwierdzających Cud Barnaulski:

 

  1. a) Wypowiedź chirurga, doktora nauk med. ojca Anatolija Bierestowa, kierownika Centrum Opieki Duszpasterskiej im. Św. Jana Kronsztadzkiego w Moskwie

 

Na temat wypisu ze szpitala wypowiada się on następująco: „Zwróćmy uwagę na wypis wystawiony przez oddział chirurgiczny Szpitala Kolejowego w Barnaule, w którym wg wyników laparotomii wpisana jest diagnoza: „Zapalenie okrężnicy poprzecznej – nowotwór z przerzutami ( ros. Воспаление поперечно-ободочной кишки – неоплазма с МТС), co oznacza chorobę nowotworową z przerzutami. Ale dalej stawia się chorej diagnozę patologii psychiatrycznej (zespół Korsakowa, piętna histeryczne w stadium zanikowym – ros. «корсаковский синдром, истерические стигмы в инволюционном периоде”) i zaleca się obserwację psychiatryczną (proszę zauważyć: zaleca to oddział chirurgiczny!). W ten sposób – tak otwarcie – diagnozy psychiatrycznej nie stawia się nigdy! Lekarze po prostu nie mieli prawa wpisywać jej w takiej postaci (jeżeli nawet rzeczywiście taka diagnoza była ustalona) – diagnozę obowiązkowo szyfrowano, szczególnie w tamtych czasach. To jest wypis nieprawidłowy. Oczywistym jest, że został on napisany w ten sposób specjalnie, że aby pokazac wszystkim, że Kławdija Ustiużanina jest upośledzona psychicznie, że nic szczególnego podczas operacji nie wydarzyło się i że najważniejsza tutaj jest patologia psychiatryczna. Ale jednak wypis ten zawiera diagnoze onkologiczną – wbrew twierdzeniom wykwalifikowanych lekarzy Barnaułu, zapewniających, że guz nie był onkologiczny. Założyć, że jest tu jakieś zafałszowanie, – nie mogę: wypis został sporządzony typowo medycznym językiemm, niektóre rzeczy mógł napisać tylko lekarz – np. opisać analizy krwi, moczu…     

 

W dalszej części o. A. Bierestow krytycznie wypowiada się na temat barnaulskich lekarzy.

 

[…]

Ale w ich dalszych wypowiedziach zaczynają się sprzeczności. Szczególnie w oczy rzucają się absurdy w wypisach z historii choroby.

 

Nie mogę zakładać jakiegokolwiek oszustwa również w wyciągu z historii choroby, sporządzonego po drugiej operacji w szpitalu miejskim (datowanym na dzień 14 lipca 1964). „W lutym 1964 r.pacjentka przeszła operację w szpitalu kolejowym, gdzie w trakcie laparotomii stwierdzono nowotwór złośliwy w okrężnicy poprzecznej. Założono przetokę” – to jest, jak widzimy, chirurgicznego usunięcia nowotworu złośliwego nie przeprowadzano, ponieważ były przerzuty i dlatego została założona przetoka dla wyprowadzania gazów i kału.

 

Według tych dwóch dokumentów medycznych u pacjentki Kławdii Ustiużaniny w ciągu nieco ponad 4 miesięcy między operacjami (od 19 lutego do 23 czerwca 1964 r.) całkowicie zniknął guz nowotworowy, wróciła drożność okrężnicy poprzecznej; w związku z czym wykonano operację zamknięcia przetoki kałowej. W takim razie dlaczego w komentarzu, opublikowanym w artykule „Bańka mydlana” cudu barnaulskiego”, gdzie przytacza się fragmenty listu prof. I. I. Neumarka, pisze  się rozmyślne kłamstwa: „W klinice chora była operowana przy znieczuleniu śródtchawiczym … Rak  został wykluczony … „?

 

Widzimy, że lekarze przeczą sami sobie – a dokładnie: starają się uciec od bezpośredniej odpowiedzi, aby usunąć odblask cudu z barnaulskiego przypadku. Całkowicie oczywistym jest również i to, że w  latach 60- tych, po tym, jak zaczęto mówić o niezwykłym uzdrowieniu, nie pasującym do ram medycyny, lekarze zaczęli przerabiać dokumenty. Pamiętam, jak w jakiejś ogólnokrajowej gazecie w 1964 lub 1965 roku został opublikowany artykuł „Cud w Barnaule”, w którym cała ta historia była wyśmiewana z pozycji ateistycznych – i Kławdija Ustiużaniana została nazwana chorą psychicznie.

 

Dlaczego więc teraz barnauscy lekarze uparcie trzymają się starych stereotypów? Prawdopodobnie wygodniej jest nie ujawniać materiałów, dotyczących rozpraw, przerabiania diagnozy – ponieważ  inaczej będą zmuszeni oni przyznać, że wywierano na nich presję ze strony władz…

 

Natomiast była czy nie była w tej historii kostnica … Chcę kolejny raz podkreslić: kostnicy mogło nie być. Ale czy to jest powód do obwiniania chorej w świadomym fałszowaniu? Ona szczerze przekazała    swoje przeżycia, doznania. Ponadto, nikt z lekarzy opowiadania Kławdii Ustiużaniny nie analizował, nie pomagał jej wyrazić to, co się z nią działo za pomocą bardziej precyzyjnych określeń. I nie jest ważne, gdzie to wszystko się działo – w kostnicy czy w sali szpitalnej. To wcale nie umniejsza cudu. Natomiast to, że Kławdija Ustiużanina po tym wydarzeniu stała się osobą głęboko wierzącą i głosiła Słowo Boże – jest o wiele większym cudem, niż przebywanie w kostnicy.

 

Chcę powiedzieć, że w 1965 roku osobiście widziałem na własne oczy akt zgonu Kławdii Ustiużaniny. Kończyłem wtedy 2-gi Moskiewski Instytut Medyczny. Poinformowano mnie, że do Moskwy przyjeżdża Kławdija Ustiużanina i że ciekawym byłoby spotkanie z nią. Nasze spotkanie odbyło się na Dworcu Jarosławskim. Oprócz zaświadczenia lekarskiego, w którym była podana diagnoza psychiatryczna i  wypisy z historii choroby, w których było napisane o śmierci klinicznej (czyli tych dokumentów, które teraz analizowalismy), Kławdija Nikiticzna pokazała mi akt zgonu, wydany dla kogoś z jej krewnych. Zwykły akt zgonu: śmierć zarejestrowana z podaniem dnia – nie pamiętam dokładnej daty. Widziałem ten akt na własne oczy!

 

Jak mógłby się pojawić taki dokument, jeżeli człowiek nie umarł? Możemy przypuszczać, że śmierć nastąpiła już po operacji, w sali reanimacyjnej i zmarłą po prostu nie zdążyli zabrać do kostnicy, w tym czasie, być może, krewnym wydano zaświadczenie lekarskie dla USC (lub mogło to być zaświadczenie, zwykle towarzyszące trupowi do kostnicy, które lekarze zawsze wypełniają w dwóch egzemplarzach). A kiedy, załóżmy, okazało się, że Kławdija Nikiticzna żyje – może próbowano   „zatuszować” niewygodną historię i udawać, że nic szczególnego się nie stało. Ale nie będziemy niczego stwierdzać ostatecznie – można zakładać tutaj różne wersje. Najprawdopodobniej, w chwili obecnej tego się nie dowiemy. Ale nie o to chodzi. Dwa inne momenty w historii Cudu Barnaulskiego są niezaprzeczalne: cudowne uzdrowienie i nawrócenie do wiary …

 

Źródło:

«Я ВИДЕЛ СПРАВКУ О СМЕРТИ КЛАВДИИ УСТЮЖАНИНОЙ…»

Widziałem akt zgonu Kławdii Ustiużaniny

http://www.boleem.com/upload/UserFiles/cnydo.doc

 

 

  1. b) Na list I.I Neumarka odpowiada Oleg Iwanowicz Bielczenko, chirurg ze szpitala nr 40 w Moskwie:

 

„Kiedy lekarze nie dają przejrzeć dokumentacji medycznej – jest to zawsze bardzo podejrzane. A co tu ukrywać? Człowiek nie żyje – żadnej tajemnicy lekarskiej dokumentacja już nie zdradzi. Tym bardziej, że syn chorej Ustiużaniny – protojerej Andriej Ustiużanin – prosił, aby ujawnić publicznie ważne dokumenty medyczne.

 

Oczywiście, zdarza się, że lekarze się mylą – i w taktyce, i wyborze operacji lub preparatu leczniczego. I w mojej praktyce był błąd, kiedy przyjąłem wysypkę w postaci prosa za drobne przerzuty … Jeśli był to niezamierzony błąd (takie błędy medyczne, oczywiście, mogą przydarzyć się każdemu) – cóż, wtedy trzeba powiedzieć otwarcie, że była to pomyłka, i nawet obalić ten cud …

 

Pomijanie milczeniem takich dokumentów, to co najmniej dziwne. Przecież sytuacja, o której jest mowa, jest wyjątkowa. Nie można o niej nie dyskutować, nie można zamykać tematu! Takie wydarzenie nie zdarzają się w każdym szpitalu i nie każdego roku. Nie spotkałem nawet wzmianki o takich faktach w literaturze medycznej. Ale w literaturze historycznej opisy takich przypadków spotyka się wielokrotnie. Kryterium prawdy może być tutaj tylko dokument.

 

Jednak wydaje się, że potwierdzenie prawdy w sposób udokumentowany nie dla wszystkich jest korzystne. Nie każdy chce zobaczyć prawdę – coś, co nie układa się w poglądach ateistycznych. I czy nie przypadkiem usiłowano zabrać od Ustiużaniny wypisy z dwóch historii choroby?

 

W takiej sytuacji logicznym będzie wyciągniecie wniosku, że jeżeli ukrywa się dokumenty – to znaczy, że chce się ukryć coś naprawdę ważnego. Jeśli nie pozwala się obejrzenia dokumentów, to jest to podstawa, aby uważać, że wszystko było tak jak zostało napisane – w rzeczywistości był cud uzdrowienia, w tym również z medycznego punktu widzenia.

 

Dlaczego lekarze mówią jawne kłamstwa ?

 

Ale wróćmy jednak do profesjonalnej analizy argumentów barnaulskich lekarzy.

 

Po pierwsze – to diagnoza raka . Jest zrozumiałe, że lekarzom jest trudno uwierzyć w cuda. Cuda  dlatego nazywane są cudami,  ponieważ bardzo trudno jest w nie uwierzyć zwykłemu człowiekowi, zwłaszcza wychowanemu w poglądach czysto ateistycznych. Tego nie może być, dlatego, że nie nie może być nigdy… Ja to rozumiem, jako lekarz. Nawet mi, prawosławnemu, czasem bywa bardzo trudno uwierzyć, ale cóz można zrobić, jeżeli było to w rzeczywistości…

 

Na przykład, jako lekarz, do tej pory nie mogę zrozumieć cudu, który zaistniał w diecezji Tulczyńskiej na Ukrainie. Do płaczącej ikony Cara – Meczęnnika Mikołaja II doprowadzono pod ręce kobietę (sama nie mogła iść) z puchlina brzuszną (nagromadzeniem dużej ilości płynu w brzuchu, które bywa przy bardzo ciężkich chorobach, w szczególności przy raku). Po tym, jak kobieta podeszła do ikony Władcy,- nastapiło coś niemozliwego: brzuch u tej kobiety opadł. Jako lekarz, mogę tylko rozłożyc ręce: gdzie się podziała puchlina, gdzie się podziało ta ogromna ilość płynu, znajdującego się u niej w brzuchu? Przy podobnym przypadku u pewnego mężczyzny wypuściłem z brzucha ponad 18 litrów płynu. 

 

Ja nie mogę nie wierzyć świadectwom człowieka, który jeździł z tą ikoną. Wierzę również kapłanom, którzy byli obecni przy tym cudzie, którzy napisali swoje świadectawa do komisji ds. kanonizacji. Później z diecezji przysłano nam gazetę, gdzie był opisany ten przypadek. 6 miesięcy później ta kobieta zmarła – potwierdziło się, że miała raka w ostatnim stadium. Przedtem bardzo cierpiała z powodu bólów. A po tym, jak przyłożyła się do ikony Władcy, znikła u niej nie tylko puchlina, ale i bóle – i przeżyła ona jeszcze 6 miesięcy spokojnie, bez cierpień. Oto cud, który zaistniał realnie i w który trudno uwierzyć.

 

Myślę, że w przypadku Kławdii Ustiużaniny była podobna sytuacja. Cóż, nie wierzysz w możliwość uzdrowienia – to nie wierz! A jeżeli wbrew onkologicznej diagnozie z chorą wszystko zakończyłó się dobrze – to dla specjalisty z ateistyczną świadomością logicznym będzie wyciągnięcie wniosku: popełniono błąd w diagnozie.

 

A więc, trzeba przyznać się do błędu! Po co mówić jawdą nieprawdę – z uporem nie zauważać przedstawionych wypisów z historii choroby? „Żadnych przerzutów raka (ros. метастазов рака – od A.L.) nie stwierdzono”, – czytamy w liście profesora I.M.Neumarka, załączonym w artykule „Mydlana bańka cudu barnaulskiego”. Natomiast lekarz ze szpitala kolejowego, który podpisał wypis, pisze: „neoplazma z przerzutami” (ros. «неоплазма с МТС» (то есть с метастазами). Ktoś jawnie oszukuje – albo Neumark, albo lekarz, który napisał wypis.

 

Ale ja wierzę wypisowi. Przecież wypis – to dokument oficjalny! Czy mogli lekarze po odkryciu podczas operacji zapalnego guza ( nawet jeśli by się pomylili), z jakichś powodów, napisać „rak  z przerzutami”, i jeszcze skierować pacjentkę na obserwację  przez onkologa? Tak jakby onkolodzy – nie mieli nic innego do roboty, jak tylko obserwować pacjentów z nowotworami?

 

Co mogło się zdarzyć w trakcie powtórnej operacji?

 

Według wypisów łatwo jest odtworzyć działania lekarzy szpitala miejskiego w Barnaule, wykonujących drugą operację (nawiasem mówiąc, ja sam w tej sytuacji robiłbym to samo) .

 

Tak więc, w szpitalu kolejowym Ustiużaninoj postawiono diagnozę – nowotwór w stadium 4 (potwierdza to pierwszy wypis). Po operacji minęło 4 miesięce, pacjent czuje się całkiem dobrze, żąda  zamknięcia przetoki kałowej w brzuchu. Co należy logiczne zrobić w tej sytuacji? Oczywiście po pierwsze należy sprawdzić – jest guz czy go nie ma. Pacjentce zrobiono radiografię jelit po wlewie doodbytniczym ze środkiem cieniujacym (ros. – ирригоскопию) i … nie znaleziono guza!

 

– Nie może być! – mówią lekarze .

 

Z należytą więc starannością wykonują powtórną radiografię jelit (ros. – ирригоскопию), bo a nuż przypadkowo zamieniono zdjecia?. Być może, nawet wyznaczono innego rentgenologa. I  – znowu nie wykryto guza! Gdzie on się podział? Czy przypadkowo tak długo trwała pooperacyjna obserwacja chorej Ustiużaniny – 43 dni (została przyjęta do szpitala w dniu 11 maja, operowana była 23 czerwca)? I w tym czasie nie znaleziono żadnych dowodów na raka!

 

Zazwyczaj, podczas operacji zamykania przetoki (kiedy nie ma nowotworu) nie jest wymagane otwarcie całej jamy brzusznej – zwykle wykonuje się bardzo prostą operację: zszywa się miejsce, gdzie wyprowadzone jest jelito ślepe. Natomiast lekarze szpitala miejskiego poszli na laparotomię – czyli otwarcie całej jamy brzusznej. Chcieli się upewnić – i upewnili się, że guza tam już nie ma! Żadnych potwierdeń raka nie znaleźli.

 

Gazety są czytane nie tylko przez zwykłych obywateli

 

Niestety, jedna nieprawda pociąga za sobą inne nieprawdy. Lekarze jak gdyby zapominali, że gazety są czytane nie tylko przez zwykłych ludzi, ale także przez profesjonalnych lekarzy.

 

Bardzo dziwnie wyglada twierdzenie doktora nauk medycznych M. I.  Neumarka o tym, że „diagnoza przed operacją była niejasna”. Wziąć na diagnostyczną operację pacjenta z niejasną diagnozą, do tego jeszcze w dużym mieście, w podstawowym szpitalu instytutu medycznego, można tylko w najbardziej ekstremalnych sytuacjach, w przypadku zagrożenia życia. Ale według zaświadczenia lekarskiego widzimy, że chora została przyjęta do szpitala w dniu 3 lutego i była operowana 19 lutego 1964 roku. Badano ją przed operacją przez 16 dni – i to nie szpitalu wiejskim, a w klinice Instytutu Medycznego! W tym czasie można było zrobić radiografię jelit, rentgenoskopię, wyjaśnić, z jakiego powodu była anemia. Przecież to poważny wskaźnik – niski poziom hemoglobiny: 70 jednostek. Przecież przyczyną tego mogły być guzy nowotworowe lub zatrucie rakowe i związana z nim anemia nowotworowa.

 

Mnie, jako chirurga interesują wyniki badań, które zostały przeprowadzone w klinice, a nie watpliwe twierdzenia, obliczone na laika, którzy nic nie rozumie w medycynie.

 

Również dziwnym jest słyszeć od doktora nauk medycznych M.I. Neumarka twierdzenie, że część jelita „wyprowadzono … na zewnatrz z tym, aby następnie zamknąć przetokę”, i że druga operacja zamknięcia przetoki „wykonuje się obowiązkowo”. To nie jest prawda. Powtórną operację wykonuje się tylko w tym przypadku, gdy podczas badań nie znaleziono guza. Przecież Ustiużanina nie leżała, ot tak sobie, przed ponowną operacją 43 dni? Została ona dokładnie przebadana, wyjasniane były wszystkie okoliczności. Jeśliby guz oraz przerzuty pozostały by, jesliby nie została usunięta    niedrożność jelit – to o zamknięciu przetoki nie mogłoby być mowy. Dlaczego więc podano dezinformację o obowiązkowym zamknięciu przetoki?

 

I jawną nieprawdą jest twierdzenie docenta A. J. Kołomyjca, że w szpitalu miejskim wzięto kawałek guza „do biopsji – i zostało udowodnione, że ten guz nie jest złośliwy.” Przepraszam! W szpitalu miejskim biopsję brano nie z okrężnicy poprzecznej, a z sieci większej! To badanie histologiczne nie wykazało, że guz nie był złośliwy, ono tylko potwierdza to, że pacjentka przeszła zapalenie trzustki. Więc po co zajmowac się samooszukiwaniem?

 

A twierdzenie docenta A. J. Kołomyjca o tym, że u Ustiużaniny „śmierci klinicznej nie było … a było tylko krótkotrwałe zatrzymanie akcji serca . Śmierć kliniczna jest wtedy, kiedy od zatrzymania akcji serca upływa wiecej niż 5 minut i w wyniku zatrzymania krążenia umierają komórki kory mózgowej” – to bzdura! Nawet uczeń – dwójkowicz wie, że zatrzymanie akcji serca jest śmiercią. Kliniczną. To twierdzenie docenta nie nadaje się do komentowania.. Jeśli on naprawdę tak uważa, myląc śmierć kliniczną ze śmiercia biologiczną, – to należy pozbawić go dyplomu medycznego. Albo może on celowo „wieszał makaron na uszy”? Ale przecież mówimy o poważnych rzeczach – o życiu i śmierci! Czy naprawdę A. J. Kołomyjec myślał, że wszystkie jego twierdenia zostaną przyjęte na wiarę – bez sprawdzania ich wiarygodności? Niestety, ku wielkiemu zmartwieniu pana Kołomyjca są jeszcze  prawosłaawni lekarze (do których mam zaszczyt należeć), i którzy pomogą rozeznać sedno sprawy.

 

Niestety, muszę zaznaczyć, że w wypowiedziach barnaulskich lekarzy jest wiele twierdzeń, wątpliwych z profesjonalnego punktu widzenia.

 

Doktor nauk medycznych M.I. Neumark przekonuje, że u pacjentów po śmierci klinicznej „nierzadko wystepują komplikacje psychiatryczne” i że „pacjentów, u których w trakcie powikłań anestezjologicznych powstają zaburzenia psychiczne, jest niemało.” Jest to absurdalne twierdzenie. Taka sytuacja mogłaby nastapić w przypadku, gdyby była długotrwała reanimacja lub Ustiużanina już wcześniej cierpiała na jakąś chorobę psychiczną. Ale sam M.I. Neumark mówi przecież, że zabiegi reanimacyjne trwały zaledwie kilka minut, i przy tym serce było nieustannie masowane – krwioobieg był utrzymany przez cały czas! Natomiast komplikacje psychiczne, które powstały po szybkim   uruchomieniu jej serca – to już są bajki!

 

Można byłoby zrozumieć, jeśli by lekarze stwierdzili stan majaczeniowy (delirium – pobudzenie) lub encefalopatię, spowodowane zatruciem przy zapaleniu trzustki lub chorobie nowotworowej. To mogło być. Ale lekarze na to nie wskazują.

 

Dobrze wiemy, że ludzi, którzy nie mieścili się w prokrustowym łożu ideologii komunistycznej, byli uznawani za wariatów. Czyż nie ten sam przypadek obserwujemy z Kławdiją Ustiużaniną? …

 

Wywołuje wątpliwość również twierdzenie, że „cała operacja trwała 25 minut”, i to nawet z uwzglednieniem zabiegów reanimacyjnych podczas śmierci klinicznej i założenia przetoki. Tak barnauscy lekarze się pochwali. O, gdybym ja miał ich technikę! Bo ja robię to dłużej …

 

Absolutnie więc nie rozumiem, dlaczego w takiej sytuacji (jeśli wierzyć artykułowi „Śpiewają Łazarza” w tomskiej gazecie „Czerwony Sztandar” z dnia 13 maja 1966 r.) wykonano wymienną transfuzję krwi. W wypisach z historii choroby wcale nie wspomina się o transfuzji krwi. Ludzka krew to nie woda. I po prostu, ot tak sobie, wylewać krew pacjenta i wlewac krew dawcy? Bzdura niesamowita!

 

A już zupełnie niepojetym jest, dlaczego profesor I. I. Neumark nie dał historii choroby Ustiużaniny swojej koleżance ze szpitala miejskiego W. W. Alabjewej, która wykonywała drugą operację. Przecież jest to kwestia elementarnej wzajemnej pomocy lekarskiej! To jest nonsens życia lekarskiego.

 

„Dzień przed operacją Walentina Wasiliewna zadzwoniła do mnie przez telefon i ja powiedziałem jej, że guz zapalny wessał się” – te słowa profesora I.M.Neumarka podane są w artykule „Mydlany pęcherz  „cudu” barnaulskiego”. I po co chirurg W.W. Alabjewa, która wciągu 43 (!) dni doskonale zbadała chorą , dwukrotnie wykonała irydioskopię, miała by dzwonić do pobliskiego szpitala? Żeby od lekarzy, którzy postawili onkologiczna diagnozę i więcej pacjentki nie badali, usłyszeć, że guz … się wessał?! Pozwólcie, że nie uwierzę wam, drodzy barnaulscy koledzy!

Moja wiara od prawdy się nie zachwieje

 

Nie mogę skomentować wszystkich niedorzeczności, które wypowiedzieli barnaulscy lekarze. Powinni   byli przynajmniej umówić się ze sobą, jak dezinformować laików …

 

Chociaż mogę powiedzieć podobnie jak mój kolega Wiktor Nikołajewicz Leonow, z logicznym  rozumowaniem którego zgadzam się: tak, diagnoza onkologiczna mogła być błędna. Będę powtarzał dwadzieścia razy – lekarze mogli się pomylić. Mówię to jako profesjonalista. Ale rozumowac tak, jak ateiści, nie mogę: że jeżeli raka w czasie drugiej operacji nie było, to znaczy, że jego w ogóle nie było.  Ale twierdzić obecnie, w przypadku braku dokumentów, że nie nastapiło uzdrowienie z choroby nowotworowej, nie można. Jestem lekarzem prawosławnym, czegoś takiego nie mogę powiedzieć.

 

Powtarzam – źródłem prawdy mogą tylko dokumenty. Wszystkie moje rozważania i rozważania panów Kołomyjców oraz innych lekarzy z Barnaułu – to tylko rozważania. Kryterium prawdy może być tylko dokument, zawodowa ekspertyza niezależnych lekarzy. I ja będę wierzył jej tylko w tym przypadku, jeżeli będą w niej uczestniczyć lekarze prawosławni – najlepiej chirurdzy. Osobiście jestem gotów do uczestniczenia w takiej ekspertyzie, jestem gotów być recenzentem historii choroby.

 

I uwierzcie mi – nie zamierzam mijać się z prawdą wbrew memu sumieniu. Jestem gotów usiąść obok pana Kołomyjca i wspólnie przejrzeć wszystkie dokumenty. Jeśli jest on prawdziwym profesjonalistą – możemy mówić jak profesjonaliści. A więc usiądźmy – on człowiek niewierzący, ja, człowiek wierzący – i po lekarsku porozmawiamy, wyjasnimy, co to był za guz, i gdzie się podział. I wspólnie napiszemy artykuł. I powiemy: tak, uzdrowienie było – to niesamowity cud. Albo też powiemy: nie, cudu nie było, był błąd, lekarze popełnili błąd w diagnozie. Jeśli tak, to trzeba o tym mówić bez żadnych sztuczek. Mojej wiary to nie zachwieje. Nam, prawosławnym, niczym to nie grozi. Przez to nie przestaniemy być ludźmi wierzącymi.

 

I mnie, prawosławnemu lekarzowi, uwierzą prawosławni! Po co miałbym coś ukrywać przed nimi? Uzdrowienie jest uzdrowieniem, a błąd należy poprawić. Przy czym nie błąd Ustiużaniny, a wasz, panowie lekarze, błąd. Jestem gotów przyjechać w urlopie do Barnaułu, choć mam niewielkie wynagrodzenie i trudno mi to zrealizować. Ale pojadę – w imię osiągnięcia prawdy. O ile, oczywiście, dadza mi dokumenty, aby się upewnić, że sprawa wyglada właśnie tak, jak chcą ja nam przedstawić barnaulscy lekarze. Albo przekonać się, że jest odwrotnie. Pozwólcie, aby się przekonali prawosławni lekarze – pozwólcie opublikować społecznie ważne dokumenty!

 

Chociaż po tym wszystkim, co powiedzieli lekarze z Barnaułu, bardzo wątpię, że uda nam się zobaczyć „akta sprawy” o barnaulskim cudzie. Jestem prawie pewien, że „osoby zainteresowane” mogą nawet zniszczyć dokumenty (jeśli już nie zniszczyli), aby ukryć prawdę w ciemności. Albo powiedzieć, że zostały zniszczone. Albo przedstawić te dokumenty ze skrótami – sztuczek nie muszą się uczyć. Ale w tym przypadku sami siebie wychłostają. I to z ich winy w historii, jednakowo ważnej zarówno dla prawosławnych, jak i dla lekarzy, nie zostanie postawiona kropka”.

 

 

  1. b) Ze wspomnień Ojca Andrieja Ustiużanina, syna Kławdii

 

Z książki: “НЕПОЗНАННЫЙ МИР ВЕРЫ”

«БОГ СОВЕРШИЛ ЧУДО ВОСКРЕШЕНИЯ МОЕЙ МАТЕРИ», s.90

Z ksiązki: „Niepoznany swiat wiary”. Bóg uczynił cud wskrzeszenia mojej matki”, s. 90

http://profi-rus.narod.ru/pravoslavie/NEPOZN/NEPOZN.htm

 

[…]

Kapłan Andriej Ustiużanin pokazuje nam stare dokumenty medyczne. Oto zaświadczenie z dnia 3 lutego 1964 roku. Diagnoza: rak, liczne przerzuty. Dokument z 30 maja. Nastepny dokument: „Akt zgonu”. Nastepny: „Chora wypisana pod obserwację lekarzy…”.

 

Ojciec Andriej wspomina: „ Tak, Bóg uczynił cud wskrzeszenia mojej matki”.

Po pewnym czasie przeprowadzono druga operację. Zdumiony chirurg zobaczył, że u chorej nie ma nawet śladu raka. Ojciec Andriej pokazuje akt zgonu swojej mamy. Po swoim wskrzeszeniu Kławdija Ustiużanina żyła jeszcze 14 lat.

 

 

Ojciec Andriej wspomina: „Mama opowiadała mi, że widziała swoje ciało z boku. W czasie operacji stała między lekarzami i z przerażeniem patrzyła na swój żołądek i jelita w rozkładzie. Potem powieźli ją do kostnicy, a ona szła za swoim ciałem i ciągle się dziwiła: dlaczego jest nas dwie? Mama widziała, jak mnie przyprowadzono, jak płakałem. Objęła mnie i pocałowała, ale ja nie zwracałem na to uwagi, nic nie czułem.

 

Potem mama z ogromnej wysokości, ale niezwykle wyraźnie zobaczyła nasz dom w Barnaule. Widziała, jak kłóca się krewni z powodu spadku po zmarłej mamie. Widziała biesów, którzy się cieszyli każdemu ich niecenzuralnemu, brzydkiemu słowu. Przed jej oczami przemkneły wszystkie miejsca, związane z jej życiem.

Trzeba powiedzieć, że mama była z bardzo wierzącej rodziny. Jej ojciec zawsze pomagał potrzebujacym i kiedy osierocił rodzinę, wielu ludzi obdarowywało ich dobrem. Jednak po śmierci ojca Ustiużaniny odeszli od Boga.

 

W końcu znalazła się na kwadratowym przedmiocie z nieznanego materiału w pozycji leżącej. Obok aleja niewysokich krzewów. Nieznana miejscowośc. Z niezwykle pieknych, swiecących wrót wyszła ładna, bardzo wysoka i o surowej twarzy Kobieta. Obok niej szedł podrostek. Potem w Ławrze św. Trójcy i św. Siergija wyjasnili jej, że była to Matka Boża i Anioł Stróż Kławdii. On płakał i o coś ja prosił. Ale ona nie zwracała na niego uwagi, nawet kiedy on upadł przed nią na kolana. Potem mama zrozumiała, że Matka Boża tak srogo odnosiła się do jej Anioła Stróża, ponieważ odeszła ona od wiary i długo żyła nie według Przykazań Bożych.

 

Po dojściu do mamy, Kobieta podniosła oczy do góry i zapytała: „Panie, a ją dokąd?”. Mama mocno drgnęła. Dopiero teraz zrozumiała, że zmarła.

 

I nagle posłyszała niezwykły głos, niosący się skądś z góry. Głos był tak piękny i kochający, że nie można było go zapomnieć: „Ona została wzięta przed czasem za cnoty jej ojca i jego nieustanne modlitwy”.

 

U mamy pojawiła się nadzieja. Odważyła się zadać pytanie: „U nas na ziemi mówią, że u was tutaj jest raj”. Odpowiedzi nie było. Wtedy mama powiedziała: „Pozostało u mnie dziecko”.

Wiem. Szkoda ci go?  –  Bardzo.

A mi was wszystkich trzykrotnie bardziej jest szkoda. Przeze Mnie żyjecie, przeze Mnie oddychacie i Mnie krzyżujecie,- i zwracając się do Kobiety powiedział:Ona chciała zobaczyć raj.

 

Kobieta wyciągnęła rękę i powiedziała: „Wasz raj jest na ziemi, a tutaj oto jaki „raj”.

 

I naraz mama zobaczyła ogromne mnóstwo spalonych ludzi. Jakby tylko co zostali wyjęci z płomieni. Szedł od nich smród. Wszyscy pragnęli i prosili o choćby kroplę wody jako jałmużnę.

 

Później starcy z Ławry tak tłumaczyli sens powiedzianego: „Jeżeli mama została by wzięta z życia właśnie wtedy, to według jej grzechów czekał by na nią własnie taki „raj”.

 

Mamie zostały pokazane liczne potworności piekła, spisy jej grzechów.

 

Bóg powiedział mamie takie słowa: „Ratujcie sami swoje dusze, módlcie się, ponieważ niewiele czasu zostało. Nie ta modlitwa jest droga, którą odmawiacie i która została wyuczona, ale ta, która pochodzi z czystego serca. Powiedzcie: „Panie, pomóz mi, i Ja pomogę. Ja wszystkich was widzę”.

 

A później w kostnicy, po trzech dniach, zaczęła dawać oznaki życia. Zaczeło się zamieszanie.

 

Dopustem Bożym Kławdii nie zdążyli zabrac z kostnicy i pochować. Dlaczego? Było kilka pzryczyn. Po pierwsze, krewnych późno powiadomiono o smierci – na drugi dzień. Póki dawali oni telegramy (rodzina u Kławdii była bardzo liczna), póki pożyczali pieniądze na pogrzeb, kopali grób, upłynął jeszcze czas. W końcu, gdy przyszli zabrac ciało, krewni dowiedzieli się, że zmarła … ożyła i została odwieziona do szpitala.

 

I jeszcze jedno, jaskrawe jak błyskawica, wspomnienie:

„Minęły dwa – trzy dni. Jestem w domu dziecka. Naraz wbiegł któryś ze starszych chłopców w wielkich, nie na jego wzrost walonkach i wskazując na mnie powiedział: „Oto u niego mama zmarła, a potem zmartwychwstała”.

 

Później Aleksandra, córka wujka Sieroży, starszego brata mamy, opowiadała, że jej ojciec (wtedy mieszkali oni pod Barnaułem) w tych dniach otrzymał dwa telegramy od krewnych: jeden o treści: „Kławdija zmarła” i drugi – „Kławdija zmartwychwstała”. Na pierwszy telegram wysłał odpowiedź: „Do mego przyjazdu nie chowajcie!”.A potem przyszedł drugi telegram, o tym, że siostra żyje. Wujek pokazał oba telegramy swemu kierownikowi… Od samego wujka Sierioży nie zdołałem dowiedziec się szczegółów – umarł on rok później po tym, jak mamie robili operację…

 

A co zachowała o tych dniach dziecięca pamięć ojca Andrieja?

„Pamietam, jak 18 lutego 1964 roku, w przeddzień operacj, ktoś z krewnych przyprowadził mnie do szpitala. Zapamietałem jej samotna figurę, stojacą na korytarzu. A sam dzień operacji zapamietał się mi, 7 – letniemu chłopcu tym, że to był mój pierwszy dzień w domu dziecka, dokąd skierowano mnie z powodu choroby mamy. Któraś z kobiet zaprowadziła mnie za rękę (nie pamietam, czy była to  nauczycielka, czy któraś z sąsiadek). Zostawili mnie w pustym pokoju – w tym czasie wszystkie dzieci bawiły się na ulicy. Nagle wszedł chłopczyk, o kilka lat starszy ode mnie, z przyjaźnią spojrzał na mnie i dał mi zabawkę… Utkwiły w pamieci i słowa, które ktoś powiedział mi po operacji: „Mama zmarła!”… pamietam, jak przyprowadzono mnie do szpitala, jak mama leżała – nieruchoma, martwa. Nie zwróciłem uwagi, w jakim pomieszczeniu widziałem mamę, tylko do dziś słyszę słowa, wypowiedziane do mnie przy tym: „Nie całuj mamę w usta, pocałuj w czółko”. I pocałowałem zmarłą mamę. Wtedy nie rozumiałem, że zostałem okrągłym sierotą. W tym wieku ani tragizmu, ani radości w pełni się nie odczuwa.”

 

Źródła:

Атеизм – вопросы и ответы

http://afaq.narod.ru/archives/8a.htm

Как посрамил Господь неверие фарисеев в чудо Барнаульского воскрешения (окончание) http://yurij-rassulin.livejournal.com/64128.html

«По следам барнаульского чуда. Опыт документального расследования»  http://www.boleem.com/main/library?id=326.

 

Wypisy ze szpitala:

Wypis z 10 marca 1964 r. na podstawie historii choroby Nr 344 w oddziale chirurgicznym Szpitala Kolejowego stacji kolejowej Barnaułu wyrażnie wskazuje na straszną diagnozę, postawiona po operacji: rak z przerzutami (ros.- рак с метастазами). Na odwrocie wypisu widać, że chorą na raka wypisuje się pod obserwację… psychiatry.

 

 

Wypis z historii choroby, wystawiony 14 lipca 1964 r. przez I Oddział Chirurgiczny Szpitala Miejskiego, opisuje smierć kliniczną, która nastapiła w Szpitalu Kolejowym i diagnoza onkologiczna, z którą chora przystepuje do drugiej operacji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nawet mając dobrą wolę zrozumieć logikę lekarzy jest bardzo trudno.

 

Dlaczego lekarze z uporem „nie widzą” oczywistego, że ich komentarze na temat diagnozy pooperacyjnej są rażąco sprzeczne z tym, co jest napisane w wypisach z historii choroby? Ktoś z nich nawet był skłonny uwierzyć w to, że Kławdii Ustiużaninej wypisano fałszywy wypis z jej choroby.

 

Nawet jeśli załozyć nieprawdopodobne (że mogła się pojawić podróbka), to trudno sobie wyobrazić, po co ich kolegom było potrzebne fałszowanie wypisu, uwierzytelnianie go pieczęcią, ryzykowanie karierą, a nawet wolnością? Żeby pomóc mitycznemu „biznesowi” prostej kobiety? Dać w ręce argumenty dla Cerkwi? Za takie „żarty” lekarze, którzy w latach 60-tych byli pod „kloszem” władzy, ponieśliby bardzo szybko karę…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Z wypisu widać, że powtórna operacja nie ujawniła oznak raka u Kławdii Ustiużaniny.

 

 

 

Ojciec PIWOWAROW

http://www.cirota.ru/forum/view.php?subj=51626&order=

 

O Ojcu Piwowarowie wspominał już w swoim świadectwie Ojciec Biriukow. Warto poznać dalsze losy tego odważnego kapłana, który z ambony głosił wiernym prawdę o Cudzie Barnaulskim:

 

[…] A w Tomsku wieść o cudzie Bożym zabrzmiała z ambony w cerkwi. Ojciec Aleksandr Piwowarow opowiedział o Barnaulskim Cudzie w kazaniu w Sobotę św. Łazarza.

W tym czasie akurat służyłem w świątyni Piotra i Pawła i byłem żywym świadkiem, jak ludzie w natchnieniu słuchali słów Ojca Aleksandra.

Adres? Jaki jest jej adres do niej? – rozległo się w świątyni. Wtedy Ojciec Aleksandr dodał:

– Tym, którzy chcą osobiście przekonać się o wskrzeszeniu Kławdii z Barnaułu i spotkać się z nią, – mogę podać jej adres …

Po tym kazaniu wiele osób pojechało do Barnaułu. A Ojca Aleksandra natychmiast wzięto na haczyk : – „Co Ojciec głosi? Kto zmartwychwstał?” Chcieli wytoczyć przeciwko niemu sprawę sądową, grozili nawet pozbawieniem stanu kapłańskiego. A był on energiczny, troskliwy – przyciągał do siebie młodzież, uczył ją. A to władzom wówczas było niepotrzebne.

 

***

Wiosną 1982 roku do celi więziennej srogiego reżimu w Dowrag wszedł ogromnego wzrostu wiezień i na oczach wszystkich przeżegnał się znakiem krzyża: „W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Jestem Piwowarow Aleksandr, kapłan …”. Wieźniowie – Tuwijczycy ze zdziwieniem spojrzeli na tak niezwykłego więźnia. „Starszy” z pośród nich zerwał się: „Och, Ojczulku! Wejdź! Damy ci honorowe miejsce!!!”

 

Zabrali ojca Aleksandra do aresztu w mieście Jenisiejsk, gdzie pełnił funkcję proboszcza w katedrze Wniebowzięcia NMP, sądzony był w miejscu „przestepstwa” – w Nowosybirsku. Dali trzy i pół roku więzienia za zaopatrywanie syberyjskich parafian w Ewangelie, modlitewniki, literaturę duchową. Pomimo faktu, że wszyscy kapłani, oprócz dwóch Judaszów – tajnych współpracowników KGB, wzięli ojca Aleksandra w obronę zaświadczając, że książki były wysyłane na ich prosbę dla potrzeb służbowych, „przyszyto” o. Aleksandrowi artykuł z kodeksu karnego, oskarżając o spekulację. To były czasy Andropowa, kiedy Rosja przeżywała kolejną falę prześladowań za wiarę w Boga.

 

Ale polowanie na ojca Aleksandra rozpoczęło się w burzliwych czasach Chruszczowa, kiedy odbywało się totalne niszczenie „niedobitych” cerkwi prawosławnych i została ogłoszona wojna duchowieństwu. W niełaskę Piwowarow trafił na wiosnę 1966 roku, kiedy w przeddzień Niedzieli Palmowej, w sobotę św. Łazarza, pod sklepieniem katedry Piotra i Pawła w Tomsku, powiedział mniej więcej takie słowa: „Łazarz, roztaczający już smród rozkładu, został wskrzeszony przez Pana. My, chrześcijanie prawosławni, wierzymy w zmartwychwstanie. A kto nie wierzy, niech pojedzie do Barnaułu do Kławdii Ustiużaniny.”

 

Cud Barnaulski, tak do tej pory jest nazywany, miał miejsce w 1964 roku ze zwykłą sprzedawczynią „Chlebotorgu”, która pracowała w sklepie naprzeciwko Katedry Pokrowskiej – (od Pokrow – Święto Opieki Matki Bożej – od A.L.), jedynej wówczas istniejącej świątyni w mieście. Sama Ustiużanina do cerkwi nie chodziła. Co więcej, czasami w duchu tamtych czasów wyśmiewała się z wiernych, duchowieństwa, całowania ikon. Śmierć podczas operacji (czwarte stadium raka), wstąpienie jej duszy do niebios, gdzie było dane jej zobaczyć obrazy piekła, powrót do ciała, obróciło się dla niej uzdrowieniem z nieuleczalnej choroby, nawróceniem do wiary, pokutą (oddała swoja legitymację partyjną, co w tamtym czasie było równoznaczne z samobójstwem), ogromną liczbą pielgrzymów z różnych miast, kierujących się do jej domu, a także walką z tą popularnością wyższych władz, które zorganizowały stały milicyjny nadzór jej domu, szpiegowanie jej korespondencji, wszelkiego rodzaju prowokacje, takie np. jak wypracowany tryb zaliczania do chorych psychicznie.

 

Prześladowania władz w końcu spowodowały ucieczkę Ustiużaniny z Barnaułu do wioski Strunino,    która znajduje się w pobliżu centrum duchowego Rosji – Ławry Św. Trójcy i Św. Sergija. Tam jedyny jej syn został kapłanem. Wiele lat po tym wydarzeniu Ojciec Andriej napisał książkę „Cud Barnaulski.” Po swojej pierwszej śmierci, Kławdija Nikiticzna żyła jeszcze 14 lat, zmarła w 1978 roku z powodu miażdżycy serca (ros. – от атеросклеротического кардиосклероза – od A.L.), tamże, na   przedmieściach Moskwy.

 

Sprawa karna – za wiarę w cud

 

– W kazaniu, które wygłosiłem w Sobotę Łazarzową, o cudzie z Kławdiją Ustiużaniną powiedziałem dość krótko, podkreślając, że równiez w naszych czasach została potwierdzona prawda o zmartwychwstaniu człowieka. Czyż ewangeliczne wydarzenie wskrzeszenia przez Pana Łazarza nie są   powiązane z naszymi dniami? Jeżeli człowiekowi, który przezył śmierć, została dana możliwość   fizycznego powrotu do życia – to znaczy, że śmierć może się cofnąć. Oto i całe kazanie – nic specjalnego … – mówi ojciec Aleksander Piwowarow, który obecnie pełni funkcję dziekana i proboszcza katedry Przemienienia Pańskiego w Nowokuzniecku.

 

Archimandryta Serafin (Bryskin), spowiednik żeńskiego klasztoru Zwiastowania w Krasnojarsku, pamięta tamte kazanie ojca Aleksandra, które spowodowało tyle hałasu. Wówczas służyli oni obaj w tej samej katedrze w Tomsku:

 

– Po kazaniu zaczęła się gwałtowna wojna z ojcem Aleksandrem. Zakazano mu opuszczanie miasta (to było coś w rodzaju aresztu domowego). Komisarz do Spraw Wyznań nawet postawił przed biskupem sprawę pozbawienia ojca Aleksandra tytułu kapłańskiego – ponieważ była to prowokacja!…

 

„Nikt nie zdoła nawet z cerkiewnej ambony zasiac podejrzeń w naszej ideologii partyjnej!” –

groźnie pisali w artykułach na zamówienie sprzedajni dziennikarze. Własnie w tym samym 1966 roku, Prezydium Rady Najwyższej RFSRR podało dodatkowe wyjaśnienia do kodeksu karnego: „…  dokonanie oszukańczych aktów w celu wzbudzenia przesądów religijnych wśród mas ludności” jako niezgodne z prawem jest przestępstwem karnym.

 

– W końcu wszczęto wobec mnie sprawę karną – opowiada ojciec Aleksander, – próbowali przypisać mi winę za naruszenie artykułu ustawy, w którym mówi się o zakazie propagandy religijnej za pomocą „oszukańczych aktów”. Tak więc przez ten cud z Kławdiją Usitiużaniną stałem się znany w całej diecezji i poza jej granicami. Ale najwspanialsze jest to, jak w tej sytuacji zachowywali się ludzie. Około pięćdziesieciu ludzi chodziło codziennie do śledczych w prokuratuzey i odważnie dawało swoje osobiste świadectwa. Czyniono mi zarzut kryminalny, że to ja ten przypadek ogłosiłem, a parafianie mówili: „Nie, to my sami ogłaszaliśmy. O tym cudzie my już od dawna wiemy i bez Ojczulka. To, co powiedział on nam na kazaniu, nie było dla nas żadną nowością. O wiele bardziej dokładnie wam o tym opowiemy!” Wykazali chrześcijańską miłość i wierność, gdy podjeto próbę rozdzielenia nas. Wreszcie, po wielu miesiącach mordegi i przesłuchań prokuratura napisała do mnie, że sprawa jest odłozona i przeniesiona do Barnaułu …

 

Słowa o tym, że sprawa została „odłozona”, okazały się proroczymi. Obiecane wtedy Piwowarowi trzy i pół roku więzienia jednak otrzymał, ale później. „Nie jest wykluczone, że własnie z tamtym kazaniu o wskrzeszeniu związane było sądowe ściganie ojca Aleksandra Piwowarowa na początku lat 80-tych” – mówi archimandryta Serafin.

 

Kaznodzieję wskrzeszenia jednak zamknięto za kraty. Dziwne, ale na proboszcza katedry Wniebowzięcia NMP w Jenisiejsku na zmianę Aleksandrowi Piwowarowi przyszedł jego duchowy syn – ojciec Giennadij Fast, który i do tej pory służy w tej świątyni. Doktor teologii, autor takich   znanych nie tylko w Rosji, ale i poza jej granicami monografii, jak np. „Komentarz do Pieśni nad Pieśniami Salomona”, „Komentarz do Apokalipsy” i innych książek. Ojciec Giennadij bardzo dobrze zna Cud Barnaulski.

 

– Czy osobiście wierzy Ojciec w cud wskrzeszenia Kławdiji Ustiużaniny?

 

– Pamiętam, kiedy wykazałem ciekawość i zapytałem o to mieszkajacego Barnaule znanego kaznodzieję prawosławnego Ignatija (pol. Ignacego – od A.L.) Łapkina, który znał Ustiużaninę, to odpowiedział mi on krótko: „Nie naszą sprawą jest zaprzeczanie cudom Bozym.” Nawiasem mówiąc, u nas, w katedrze Wniebowzięcia NMP, jest parafianka Walentina Afanasjewna Szitikova, która mieszkała w latach 60-tych w Barnaule, i która również znała Kłaudiję Ustiużaninę przed jej śmiercią i po zmartwychwstaniu, powiedziała: „Tak wszystko i było”.

 

Źródło:

http://www.sgzt.com/sgzt/archive/content/2005/11/152/sections/S007/articles/P18A0022P00

 

 

 

Opracował i tłumaczył Andrzej Leszczyński

16.9.2016 r.

 

 

 

Advertisements
Categories: ETYKA CERKIEWNA, PRAWOSŁAWIE, STRONA GŁÓWNA | Dodaj komentarz

Zobacz wpisy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: